„Dużo się ostatnio mówi i pisze o wąchaniu książek. Bo papierowy świat, nasz kolos na nogach z celulozy, zawalił się. Ludzie przestali czytać książki. […] nakupowali sobie tabletów, czytników, ajpadów i innych przyrządów, popodłączali się do swoich sieci i wciągają teraz literaturę nosem. A pogrobowcy dawnego świata wyczołgują się spod zwałów makulatury, poranieni i obrażeni i jęczą, jak to ocaleni mają w zwyczaju: świat się skończył, ojojoj. Nie ma już książek, ajajaj. A myśmy te książki kochali. A myśmy te książki wąchali. A one tak pięknie pachniały. I nigdy nas nie oszukały”. Czytam Jacka Podsiadło i uśmiecham się na myśl. O ortodoksyjnych bibliofilach roniących łzy nad utraconą hegemonią celulozowego świata. Gdzie książka pod pachą była symbolem. Wabikiem. Znakiem rozpoznawczym. Przepustką. Jednak spór o wyższości papieru nad ekranem z ciekłych kryształów uważam dziś za jałowy. Nieważne w jaki sposób obcujemy z literaturą. Ważne, że w ogóle. Ksiądz Boniecki w wydaniu świątecznym „Tygodnika Powszechnego” przyznaje się do „irracjonalnej potrzeby gromadzenia książek”, ale również słuchania audiobooków w samochodzie, kiedy podróżuje z Krakowa do Warszawy. Długie godziny wypełniają się wtedy treścią, sensem. I „czasem trudno wysiąść z auta”, rozstać się z niedokończoną opowieścią – mówi. Ma 82 lata.
Nie ma sensu buntować się przeciwko nowym technologiom. Zmiana już się dokonała. I niekoniecznie na gorsze. Owszem, przewracanie pachnących kartek jest zajęciem nieporównywalnie bardziej zmysłowym niż przesuwanie palcem po ekranie, ale przyznam, że z ulgą zabieram w podróż 600-stronicową powieść na lekkim i poręcznym czytniku. Dostępność, również finansowa, książek w formie elektronicznej jest kolejnym, ważnym argumentem przemawiającym na korzyść e-booków. Dlatego zamiast martwić się o „wciąganie literatury nosem” ze szklanych tafli ajpadów, cieszmy się, że potrzeba czytania jeszcze nie zginęła. Póki my żyjemy (?).
Urodzeni w czasach PRL-u jesteśmy w rozkroku. Pomiędzy nostalgią za światem analogowym, a cyfrowymi możliwościami. I pokusami. Podłączeni. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Złapani. W sieć. Ale jeszcze wierzymy w życie pozawirtualne. Jeszcze szarpiemy smyczą. Próbujemy powściągnąć odruchy. Kiedy bezwiednie sięgamy po telefon. Kiedy zamiast rozmawiać gapimy się w malutkie ekrany. Przyłapujemy się. Kontrolujemy. Bo pamiętamy, że inne życie jest możliwe. Bardziej realne. Bogatsze. Pełniejsze. Po stronie nowych technologii, wirtualnych znajomości, aplikacji i hasztagów czai się pustka. Alienacja. Nic.

 
W noc sylwestrową trudno złapać taksówkę. Zakładam konto na Uber. Pobieram aplikację. Loguję się. Uber to nowoczesność. „Prywatny kierowca dla każdego”. Uber to przyszłość. Mówią ci, co korzystają. Na mapie przesuwają się czarne samochody. Wyglądają trochę jak karaluchy. Roją się. Rozbiegają we wszystkie strony. Ustalam trasę. Przywołuję kierowcę. Wszystko idzie zgodnie z planem. Akceptuję wyznaczoną wcześniej cenę. Żadnych negocjacji z taksówkarzem. Żadnych napiwków. Transakcja bezgotówkowa. Wsiadamy. Jest po północy. Zimno i sennie. Koleżanka, z którą dzielę podróż, mieszka kilkanaście bloków dalej. Ale stacja docelowa – jak zaznaczyłam w aplikacji – to mój dom. Więc dalej kierowca nie jedzie. Bo system. Bo Uber patrzy i widzi. I on nie może. Nawet za dodatkową opłatą. Bo wyznaczona trasa – pokazuje na ekranik GPS-u. I rozkłada ręce. I nie słucha argumentów. Że ciemna noc. Że mróz. Że samotna kobieta. Że niebezpiecznie. Uber nie pozwala na żadne ekstrawagancje. Z systemem nie można dyskutować. Systemu nie można przekupić. Na nic prośby, groźby, modły i płacze. Uber nie pozwala. Uber grozi palcem. Z tyłu siedzi jeszcze jedna para znużonych pasażerów. Jadą na Astorię. I nie zamierzają nadkładać drogi. Kobieta jest bardziej wyrozumiała i chętna, by negocjować. Mężczyzna mruczy pod nosem, że zapłacił i chce do domu. Jak najprędzej. Nikogo nie obchodzi los Kasi, nikt nie przejmuje się niebezpieczeństwem czyhającym za rogiem ciemnej nocy. Uber ustala zasady. Uber rządzi. Uber Uber – über alles – nucę pod nosem. I mówię do kierowcy: zapomnij o systemie. Jesteśmy w twoim samochodzie. W nocy. Pięć minut od jej domu. Bądź człowiekiem. Ale Uber nie jest człowiekiem. Jest aplikacją. Odhumanizowaną nowoczesnością. „Przyszłością”. Która nas wszystkich czeka. Która nas wszystkich pożre.

 
Napisz do autorki:
[email protected]