Hanna Lachert, foto: Archiwum

Hanna Lachert, foto: Archiwum

Z Hanną Lachert, skrzypaczką, rozmawia Izabela Barry

– Przez 40 lat byłaś członkinią New York Philharmonic Orchestra, jednej z najbardziej cenionych orkiestr na świecie. Poznałaś wielu wybitnych solistów, pracowałaś z najsławniejszymi dyrygentami. Grając w tej orkiestrze zjeździłaś pół świata. Ale zanim zaczniemy rozmawiać o Twojej bogatej karierze, o ekscytującym życiu, powiedz, ile miałaś lat, gdy dostałaś swoje pierwsze skrzypce?
Zaczęło się od fortepianu. Miałam zaledwie trzy lata, gdy po raz pierwszy usiadłam przy instrumencie. O skrzypce doprosiłam się, gdy miałam pięć lat, ale prawdziwą naukę rozpoczęłam dwa lata później…

– Sama?
Sama. Moja mama była pianistką. Pewnego dnia przyszła do nas pani Helena Zarzycka, skrzypaczka, z którą mama koncertowała. Obie panie zaczęły próbę, a ja wtedy usłyszałam dźwięk skrzypiec i to było to. Zaczęłam więc naukę gry na skrzypcach, równolegle z fortepianem, ale skrzypce zdecydowanie bardziej mnie pociągały. Zaczęłam jednak dość późno i miałam nawet pewne zaległości, więc po czterech latach nauki nie przyjęto mnie do liceum muzycznego, bo stwierdzono, że jeszcze nie gram tak jak powinnam. Przez rok siedziałam w domu i ćwiczyłam, nie chodząc nawet do szkoły. Tak się zaczęło.

– Tak bardzo chciałaś grać na skrzypcach?
Tak bardzo chciałam. Nie pytaj, dlaczego. Nie wiem. Tak było. (śmiech)

– Czy to prawda, że początkujący pianista w miarę szybko potrafi zagrać na fortepianie zgrabną, choćby najprostszą melodię, a na taki sam rezultat na skrzypcach trzeba czekać znacznie dłużej?
Ależ oczywiście! Współczuję mojej mamie i mojej babci, które tego słuchały. Nie oszukujmy się – skrzypce w ręku ucznia to na początku dźwięk przykry dla uszu. To tylko próbujący tego nie słyszy i trzeba czasu, żeby uczynić instrument sobie posłusznym, podczas gdy fortepian to instrument mechaniczny i wystarczy go dotknąć, by coś usłyszeć. To jest oczywiście tylko kwestia wydobycia dźwięku, bo przecież na pewnym etapie, po opanowaniu podstaw, wchodzi się na inny poziom – mówimy wtedy o artyzmie, interpretacji, rozumieniu muzyki.

– Tylko mama była w Twojej rodzinie muzykiem?
Mama była pianistką, mój starszy brat jest kompozytorem, ale też pianistą, fortepian był więc obecny w moim życiu, od kiedy pamiętam. Mój ojciec zaś był więźniem politycznym. Zaaresztowano go w1947, na dziewięć i pół roku. Wychowywałam się więc bez ojca. To dla mnie bardzo tragiczne wspomnienia. Po wojnie rodzicom wszystko zabrano, ojciec znalazł się w więzieniu za współpracę z aliantami, a mama została sama z czwórką dzieci, bez środków do życia. Wróciła wtedy do zawodu pianistki, więc prawie nie bywała w domu. Ale dwa razy w tygodniu uczyła przez cały dzień i wtedy mogłam z nią być. Fortepian był dla mnie czymś, co prowadziło do mojej mamy. A kiedy zachorowałam i zgodnie z ówczesnymi zwyczajami trzymano mnie w pościeli, łóżeczko przysuwano do fortepianu i mogłam się bawić klawiaturą.

– Przeszłaś wszystkie szczeble normalnej edukacji muzycznej i zapewne zetknęłaś się z wybitnymi nauczycielami?
Zaczęło się od równoległych szkół – normalnej rano i muzycznej po południu, w Warszawie, na Żoliborzu, potem było liceum muzyczne, a potem szkoła wyższa, dyplom i dalsze studia w Europie. Miałam kilku nauczycieli, których do dziś pamiętam. To był Tadeusz Wroński – autor monumentalnej czterotomowej pracy „Zagadnienia gry skrzypcowej”, ale także pisarz i miłośnik szachów. Był także Zenon Brzewski, inicjator letnich kursów mistrzowskich w Łańcucie, które trwają od 1975 r. A potem, już za granicą, był Węgier, Andre Gertler, wybitny skrzypek i uczeń Bartoka. Do Ameryki sprowadził mnie Bronisław Gimpel, lwowianin, który wyjechał do Ameryki w 1937 roku i był w latach 70. profesorem uniwersytetu w Connecticut. No i wreszcie pracowałam z Henrykiem Szeryngiem, który oprócz tego, że był wspaniałym skrzypkiem, był również żołnierzem w czasie II wojny światowej…

– Jak to się stało, że Bronisław Gimpel Cię zaprosił?
Poznaliśmy się, kiedy byłam nastolatką. Gimpel stworzył swojego czasu Kwintet Warszawski, w którym pianistą był Władysław Szpilman i którmu i ja przewracałam nuty na koncercie. Potem spotkaliśmy się, kiedy byłam w Hanowerze na stypendium. Przyszedł do mnie i powiedział – „Pani Hanko, ja panią zaproszę do Stanów, na graduate assistantship”. I tak się stało. Choć nie bez problemów, bo otrzymanie paszportu nie było łatwe. Ale to cała historia, która dziś brzmi nieprawdopodobnie…

– To było już po ukończeniu warszawskiej Akademii…
Tak, właśnie skończyłam studia i sporo koncertowałam. Ale chciałam jeszcze się kształcić. W przeszłości kilkakrotnie wyjeżdżałam na obóz Jeunesses Musicales w Brukseli, który jest największą na świecie inicjatywą muzyczną, której misją jest zarówno docieranie z muzyką do młodych ludzi, jak i kształcenie ich. Za każdym razem trzeba było składać podanie o uczestnictwo i starać się o paszport. Za którymś kolejnym razem odmówiono mi paszportu, bo nie byłam wytypowana przez ministerstwo, ale chciałam jechać na własną rękę, tym bardziej, że potem miałam zostać tam na całoroczne stypendium, które mi ufundowano. Poszłam na przesłuchanie i udało mi się przekonać pracownika, żeby jednak mi ten paszport wydano. Pół roku później, kiedy byłam już na stypendium w Hanowerze, widać zmieniono zdanie na temat mojego pobytu i dostałam wiadomość, że mam 24 godziny na powrót do kraju. Ktoś z moich znajomych zapłacił mi za samolot do Berlina. Tam poszłam do Polskiej Misji Wojskowej, gdzie jakiś urzędnik przywitał mnie w ciemnych okularach i kazał wracać do Polski. A ja byłam młoda, bezczelna (śmiech) i wytłumaczyłam mu, że będzie korzystniej dla państwa, jeśli zostanę i będę się dalej uczyć. Zaraz potem dostałam wiadomość o stypendium w Stanach. Sytuacja polityczna była napięta, właśnie w Czechach doszło do Praskiej Wiosny – nie miałam wątpliwości, że na wyjazd do Stanów już zgody nie dostanę. A tu otwierał się świat… Zdecydowałam więc zostać jeszcze na rok w Brukseli. To, niestety, skończyło się przyjęciem statusu bezpaństwowca. Naraziłam się tym każdemu – i tamtejszej emigracji, i ambasadzie. A przecież muzyka stoi ponad polityką i ponad podziałami. Jednocześnie kończyłam kolejne studia i zdobywałam kolejne nagrody…
No cóż… Takie były czasy.

– Zatem przyjeżdżasz do Connecticut. I jaka jest ta Ameryka końca lat 60?
Szokująca! Ze środka artystycznej brukselskiej bohemy przeniosłam się do smutnego akademika, w którym nic nie miałam. Amerykańscy koledzy byli doskonale wyposażeni przez swoje rodziny, a ja nie miałam nic – ani sprzętów, ani pieniędzy. Pieniądze ze stypendium były tak małe, że musiałam wziąć pożyczkę. Nie mówiłam też po angielsku, dwa razy oblałam egzamin TOEFL, choć za drugim razem miałam lepszy wynik i warunkowo mnie przyjęto. Do tej pory uczyłam się sama, więc wyniki nie były specjalnie zadowalające. Potem zaczęłam chodzić na lekcje na uniwersytecie, gdzie starano się mnie nauczyć zasad gramatyki, podczas gdy ja chciałam zacząć mówić! Nie było łatwo, ale chociaż wieczory spędzałam na grze w brydża z ludźmi, którzy mówili po francusku. Ale miałam pracę – uczyłam! Tam gdzie nie mogłam czegoś powiedzieć, po prostu pokazywałam. Ale również sama się uczyłam. Po pół roku Gimpel powiedział „Pani Hanko, czego ja mam panią uczyć? Jak pani źle zagra, to pani sama wie. A jak pani dobrze gra, to ja pani nie jestem potrzebny”. Był to wspaniały skrzypek, choć może nie był najlepszym pedagogiem (śmiech). Po jakimś czasie zaczęłam grać w Hartford Symphony i w Springfield Symphony i w jakimś kwartecie – bo trzeba było dorabiać.

– Ale czekał na Ciebie Nowy Jork!
Nowy Jork był, jest i zawsze będzie stolicą muzyczną świata. Nie mogłam tu nie przyjechać. Było mi głodno, ale kolorowo. Mój brat przysyłał mi miesięcznie 50 dolarów na papierosy (bo wtedy paliłam).

Na wiosnę 1972 roku ogłoszono konkurs do New York Philharmonic, na drugiego koncertmistrza czyli lidera sekcji. Poszłam na ten konkurs, prawdę mówiąc bez kwalifikacji, bo sądziłam, że jeśli dobrze zagram, to to wystarczy. Chciałam koniecznie dostać się do sekcji, chociaż na parę lat. Ale to tak nie działa. Tak czy inaczej znalazłam się w finale, po czym odpadłam i prawdę mówiąc – dziwnie się poczułam. Taka niby wielka solistka, tyle gram, a tu do orkiestry nie chcą mnie przyjąć. Tak mało wiedziałam, co to naprawdę znaczy New York Philharmonic Orchestra! No cóż, powiedziałam sobie – nie, to nie. Ale w kilka miesięcy potem zadzwoniono do mnie z orkiestry, że jest otwarcie i że proszą bym znów stanęła do konkursu. Pomyślałam, że tym razem mam szansę. Poszłam na egzamin, zagrałam, po czym dano mi utwór do zagrania a vista, czyli bez przygotowania, czego się już właściwie dziś nie stosuje. W gruncie rzeczy dobrze sobie radziłam z a vista… Ale tym razem… Nie mogłam zagrać! To było za trudne! Nie wiedziałam, co z tym zrobić! Jak to? Nie mogę zagrać Schumanna? – do dziś pamiętam, to było scherzo z jego symfonii. Z przesłuchania poszłam prosto do biblioteki, znalazłam te nuty, wzięłam je do domu, żeby zobaczyć co było w tym tak trudnego. To był konkurs dwuetapowy, do którego stanęło ponad sto osób. W komisji siedział Pierre Boulez, który był wtedy dyrektorem orkiestry. I w finale – co za szczęśliwy przypadek – dostałem ten sam utwór! No o dostałam pracę!

– No tak, ale przecież byłaś już koncertującą solistką! Dlaczego zatem chciałaś się dostać do orkiestry?
Na to, by się utrzymać z koncertów jeszcze nie mogłam liczyć, a przecież trzeba zapłacić rachunki. Nie chciałam na stałe zostawać w orkiestrze, myślałam, że potrwa to kilka lat, chciałam zaoszczędzić pieniądze na lepszy instrument, bo ten, na którym grałam, nie był specjalnie dobry. Stało się inaczej. Zostałam nie dlatego, że zmusiły mnie warunki, ale dlatego, że była to najlepsza szkoła, jaką w życiu miałam, będąc na scenie o metr od najlepszych instrumentalistów świata, od najwybitniejszych dyrygentów. Nie tylko to – moi koledzy z orkiestry byli na takim poziomie, że dopiero wtedy otworzyły mi się oczy na to, jak wspaniale można grać. I jeszcze coś – z tej niewielkiej odległości mogłam obserwować człowieczeństwo najlepszych artystów świata – ich tremę, ich zdenerwowanie, ale także to, jak się potrafili rozluźnić i wydobyć z siebie to, co najlepsze. Ale grałam z takimi artystami, dla których „słabiej” to wciąż szczyty artyzmu. I od nich się także uczyłam. To były niesamowite lata, zwłaszcza na początku. To zetknięcie się z największymi sławami to w pewnym sensie moja największa radość i zdobycz. Grałam przecież z takimi muzykami jak Rubinstein, Horowitz – z nim dwukrotnie, Stern, Perlman, Piatigorski, Pavarotti, Domingo, Price – ach, trudno nawet wymienić wszystkich. Ale ważne jest i to, że grałam tak wspaniałą literaturę muzyczną pod batutami największych dyrygentów.

– Zetknęłaś się także z legendarnym Bernsteinem.
O tak! Lenny już nie był dyrektorem, kiedy dostałam się do orkiestry, ale co roku na parę tygodni przyjeżdżał, żeby z nami pracować. Moja pierwsza podróż do Nowej Zelandii, Australii i Japonii była właśnie z Bernsteinem i była to jedyna w swoim rodzaju przygoda. Był to geniusz. Kiedy z kimś rozmawiał, świat przestawał dla niego istnieć poza jego rozmówcą. Czerpał z ludzi w stu procentach, ale i w stu procentach siebie dawał. Kiedy się było w jego kręgu, odczuwało się coś magicznego. Ale ludzi, którzy go nie znali mógł irytować – to, że był, jaki był, że miał takie a nie inne przygody seksualne czy życiowe, że palił non-stop, że pił, że żył na 300 procent. Jednocześnie jego podejście do muzyki, to czego uczył nas, ale także czego uczył publiczność, było poważnym wyzwaniem intelektualnym, bo poruszał się nie tylko na terenie muzyki, ale rozważał ją poprzez inne dziedziny – poprzez filozofię, historię muzyki, estetykę itd. Geniuszem innego rodzaju, stojącym jakby po przeciwnej stronie był Lorin Maazel, wykalkulowany, wymyślony, precyzyjny i – zdawałoby się – na oko, nie na ucho – pozbawiony emocji.

– Można się było zaprzyjaźnić z Bernsteinem?
Ach, oczywiście, był bardzo serdeczny. Pojechaliśmy kiedyś z mężem do Tanglewood na koncert 14-letniej wówczas Midori i w czasie przerwy poszłam się z nim przywitać. Bardzo się ucieszył, chciał ze mną porozmawiać, nie zważając na to, że przerwa już się skończyła…

– Czego wymaga się od muzyka w orkiestrze? Jakie cechy musi posiadać?
To, co moim zdaniem wyróżnia najlepsze orkiestry – i mówię tu o najwyższym poziomie od tego następnego, nieco tylko niższego stopnia, to po pierwsze stosunek do grania w orkiestrze. Młodzież dziś lubi to, szanuje i nie uważa tego za zło konieczne. To moje pokolenie było tak wychowane, że gra w zespole była uważana za coś gorszego. Myśmy się wszyscy rodzili, żeby być solistami. (śmiech) Gra w orkiestrze jest inną formą bycia muzykiem. Ma swoje blaski i cienie. Trzeba być stopionym z resztą. Nie ma tam miejsca na indywidualność, na podejmowanie samodzielnych decyzji artystycznych. Na to pozwala dopiero muzyka kameralna i solowa. Gra w orkiestrze daje poczucie wspólnoty, grając solo jest się bardziej samotnym. Z kolei zespoły kameralne to kwestia dobrania partnerów, z którymi nie tylko się pracuje, ale również ma się dobre stosunki poza pracą. Prawdziwy dobry muzyk powinien umieć wszystko. W orkiestrze trzeba się nauczyć słuchać i widzieć jednocześnie i pulpit, i dyrygenta, i lidera sekscji, i kolegę z boku. Trzeba zadbać o każdy szczegół. W zespołowym muzykowaniu nie ma nieważnej nuty czy akcentu. To się wydaje banalne, ale nie jest. I trzeba zawsze robić wszystko na sto procent.

– Zatem jesteś już w orkiestrze i… poznajesz swojego przyszłego męża.
To zabawna historia. Potrzebny był mi nowy smyczek. Ktoś z kolegów powiedział: „Jest taki młody Izraelczyk, lutnik. Nazywa się David Segal, na pewno coś u niego dostaniesz”. I dodał: „Tylko uważaj, bo jest młody i przystojny”. Obraziłam się na tego kolegę, ale poszłam. Zastukałam w drzwi i… zaniemówiłam – widziałam kogoś, kto sprawiał wrażenie, jakbym go od dawna znała. Rzeczywiście, miał wspaniały smyczek, ale nie chciał go sprzedać. Podał mi taką cenę, że nie mogłabym sobie pozwolić. Wyszłam stamtąd obruszona – początkujący lutnik, z warsztatem we własnym mieszkaniu… Ale tak się zaczęło. On złamał zasadę niezaprzyjaźniania się z klientką, a ja mam i smyczek i męża (śmiech).

– Z dwojga waszych dzieci jedno jest muzykiem.
Tak, nasz syn jest skrzypkiem, ale też i dyrygentem, także komponuje. Obecnie jest asystentem dyrygentem w orkiestrze symfonicznej w Naples, na Florydzie. To trudny zawód, ale on go kocha. Nasza córka zajmuje się sztuką wizualną.

– Czyli właściwie masz ułożone i bardzo intensywne życie – orkiestra, koncerty, mąż, dom, dzieci. Ale jakby tego było za mało – zaczynasz się zajmować pracą – nazwijmy to – społeczną.
Moją pierwszą zasadą życiową jest żelazna dyscyplina, a narzędziem wspomagającym – zegarek. Inaczej nie dałabym rady. Mój cudowny mąż zastępował mnie przy wychowywaniu dzieci – mijaliśmy się w drzwiach, kiedy wychodziłam na koncert, a on je kąpał, karmił i usypiał. Rano mogłam ćwiczyć, kiedy dzieci szły do szkoły. Oprócz tego grałam w zespole kameralnym i – rzeczywiście – próbowałam robić coś dla polskiej społeczności. Swego czasu założyłyśmy z Martą Ptaszyńską, która jest kompozytorem American Society for Polish Music. Celem było oczywiście upowszechnianie polskiej muzyki. W zarządzie honorowym zasiadali między innymi Zbigniew Brzeziński, Mścisław Roztropowicz czy pani Halina Rodzińska. Chcieliśmy zachować pamięć o ludziach takich jak Artur Rubinstein, wybitny pianista, Artur Rodziński, który był dyrektorem czterech największych orkiestr amerykańskich. Organizowaliśmy koncerty, udało się też zorganizować kilka audycji radiowych upowszechniających tych muzyków. Zorganizowaliśmy zbiórkę pieniędzy, co było bardzo trudne i ufundowaliśmy kilka stypendiów. W Lincoln Center odbył się festiwal muzyki polskiej. Układałam też program do ponad stu koncertów, w których znalazła się muzyka polskich kompozytorów, łącznie z recitalem w Carnegie Hall, gdzie dałam przegląd utworów od Ogińskiego po Pendereckiego. Grałam także Szymanowskiego w dużej sali koncertowej Carnegie. Parę rzeczy udało nam się zorganizować… Niestety, nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, że bez większych pieniędzy nie uda się nam to przedsięwzięcie na większą skalę, nie miałyśmy też pomocy organizacyjnej, a trudno było na przykład mnie – czynnemu muzykowi wyjeżdżać na lotnisko po naszych gości, czy zajmować się sprawami administracyjnymi. Poza tym Marta Ptaszyńska wyjechała z Nowego Jorku i siłą rzeczy całe przedsięwzięcie się skończyło. Ale pozostała pamięć o nim. Znając wielu ludzi mogłam, w pewnym sensie za kulisami, sugerować nazwiska, przedstawiać polskich muzyków, namawiać na umożliwienie im występów. I to robię do dzisiaj. Nie wystarczy bowiem być zdobywcą pierwszej nagrody wielkiego konkursu. Nowojorska orkiestra filharmoniczna zaprasza wykonawców na zasadzie przesłuchań i nawet najwięksi muzycy przez to przechodzą. Żeby być zaproszonym na takie przesłuchanie trzeba mieć obrotnych menedżerów i dużo cierpliwości, bo często trzeba czekać w kolejce. Czasem udało mi się namówić dyrektora muzycznego, żeby takie przesłuchanie urządzić bez czekania, w przerwie w czasie próby… Przyczyniłam się także do organizacji koncertu Krzysztofa Pendereckiego w Symphony Space, przy współpracy nieocenionej Ani Perzanowskiej i całego Instytutu Kultury Polskiej. Ten koncert i wywiad z Pendereckim był transmitowany na żywo przez WQXR.

– Za swoją pracę zostałaś nagrodzona Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP…
Tak cieszę się bardzo z tego wyróżnienia. Otrzymałam ten krzyż za za wybitne zasługi w promowaniu polskiej kultury muzycznej oraz za osiągnięcia w pracy artystycznej.

– Nie mogę nie wspomnieć tu o ogromnej pracy, którą obydwoje z Davidem wkładaliście przez piętnaście lat w organizację letnich obozów i warsztatów dla uzdolnionej młodzieży.
Organizowaliśmy letnią szkołę dla dzieci i młodzieży. Było z tym mnóstwo pracy organizacyjnej, administracyjnej, ale też i wiele satysfakcji. Robiliśmy to oczywiście jako wolontariusze i naszą nagrodą i satysfakcją były końcowe koncerty. Ale po piętnastu latach nie mogliśmy już tego kontynuować.

– Trzy lata temu przeszłaś na emeryturę. Czy przyszło Ci to z łatwością?
Od kilku lat przymierzałam się do tego. Życie jest piękne, jest tyle rzeczy, które mnie interesują, które chciałabym zrobić, a na które nigdy nie miałam czasu. Poza tym od jakiegoś czasu zauważałam, że nie mam już takiej energii jak kiedyś. Chciałam odejść w takim momencie, kiedy zarówno moi koledzy jak i ja sama mam do siebie pełny szacunek za to, co robię. Nie żałuję. Oczywiście, trochę brakuje mi nieco przynależności do grupy ludzi o określonym formacie, z którą się zżyłam, ale samej muzyki mi nie brakuje, bo w jakims sensie jestem nią nasycona. Czy gram? Tak, dla siebie, w domu. Publicznie już grać nie będę, bo musiałabym ćwiczyć bezustannie, by utrzymać pewną klasę, którą w życiu osiągnęłam. A poniżej tego poziomu grać nie chcę… Ale wciąż tak samo kocham muzykę…

Rozmawiała Izabela Barry