19 grudnia minęła setna rocznica urodzin Edith Piaf. Była największą pieśniarką, jaką słyszałem w swoim życiu. Miała serce w głosie. Nawet banalna piosenka stawała się w jej wykonaniu manifestem, modlitwą, hymnem. Poruszała do głębi. Nie tylko mnie. Pamiętam, że koledzy, którzy wielbili Beatlesów, Rolingstonsów, Doorsów oraz bigbitowców, mieli w swoich pokojach plakaty z jej wizerunkiem. Była ikoną dla wielu artystów piosenki. I nie tylko dla nich, wielbili ją artyści sceny i filmu. Marlena Dietrich była jej przyjaciółką, James Dean trzymał jej zdjęcie na regale z książkami obok fotografii Grety Garbo. Inspirowała kompozytorów, poetów, malarzy i reżyserów. Jej sztuka wciąż trwa, co jest fenomenem, tyleż artystycznym, co socjologicznym; snadź wyraża nas, zwłaszcza nasz ból, nasze pragnienie miłości i nasze utajnione tęsknoty. Ilekroć zachodzę na jej grób na Pere Lachaise, tylekroć widzę przy nim, nie tylko wycieczki z całego świata, ale i wielu młodych ludzi płci obojga. Także z całego świata. Czasem nawet jest ich więcej niż przy mogile Jima Morrisona. Bardzo trudno jest zostać w tym miejscu sam na sam z Edith, nawet o zmierzchu. Mogiła jest zawsze obstawiona i obłożona świeżymi kwiatami.

Magnetyzowała publiczność głosem, ekspresją, grą rąk i sercem właśnie, które wkładała w każdą z piosenek, przekształcając je w przejmujące pieśni. Każdy koncert był inny. Bywała również dowcipna, bawiąc się czasem tekstem lub melodią. Publiczność to uwielbiała, czekając jednak na przeboje takie jak: „La foule”, „Mon manege a moi”, „Milord”, „Le chant d’amour”, Le droit d’aimer”, „L’hymne a’l’amour”. „L’accordeoniste”, „Padam, Padam”, „J’en ai tant vu”, czy kultowe: „Mon Dieu”, „La vie en rose” i „Non, je ne regrette rien”. Poruszała swym śpiewem zarówno bogatych i szczęśliwych, jak i biednych, i nieszczęśliwych. Pobudzała najczulsze struny i to, co w nas najlepsze. Śpiewając o ludziach przegranych i ludziach zawiedzionych niosła im nadzieję. Bywało, że ci ludzie, słuchając jej płakali. I nie tylko oni.

Nie potrzebowała żadnych efektów specjalnych – błysków, rozbłysków, migotań, wzmocnień, przebiórek, upiększeń. Żadnych fajerwerków. Stawała przed mikrofonem kruchutka w czarnej prostej sukience, tworząc sobą wielki teatr pieśni. Z ciała maleńkiego jak wróbelek, wydobywał się nieprawdopodobnie silny głos. Niebywałe zjawisko. Miała wzmocnione „r”, doskonałą dykcję i niekiedy proletariacki akcent, którego celowo się nie pozbywała, nawet wtedy, kiedy już nie była Edytą Giovanną Gassion tylko sławną Edith Piaf. Piaf, czyli wróbelek właśnie w gwarze paryskiej. Miała fenomenalny słuch. Chwytała nim najbardziej literacką francuszczyznę i taką się sama posługiwała, choć nie zdobyła przecież wykształcenia. Oczywiście był to wynik wytężonej pracy i mozolnych ćwiczeń. Napisała około 90 piosenek.

Lgnęli do niej niemal wszyscy i to niekoniecznie dlatego, że była żywą legendą, także dlatego, że była dobrym, ciepłym i pomocnym człowiekiem. Bywało, że miała okresowo na utrzymaniu 43 osoby (sic!). Jedne na scenie, inne w domu. A czasem tu i tu. Nie była ideałem – miewała kaprysy, potrafiła być złośliwa, bywała nieprzewidywalna. Ponoć ściągała nieszczęście na swoich mężów i kochanków. Miała jednak szczęście do odkrywania prawdziwych talentów. Wykreowała sławy takie jak: Yves Montand (łączył ją z nim kilkuletni romans), Georges Moustaki, Gilbert Becaud, Charles Aznavour, Eddie Constantine.

Nie lubiła kwiatów a dostawała ich dziesiątki. Zawsze musiał zajmować się nimi ktoś inny. Czasem tylko wyjmowała wizytówki z koszy, żeby potem podziękować ofiarodawcom. W życiu osobistym wymagała opieki, ale wykazywała jednocześnie niemałą siłę psychiczną. Kiedy w katastrofie samolotowej zginęła największa miłość jej życia, francuski mistrz boksu wagi średniej Marcel Cerdan, nie odwołała występu; zaledwie kilka godzin po jego śmierci wyszła na estradę i zaśpiewała w nowojorskim klubie „Wersal” ów „Hymn do miłości” („L’hymne a l’amour”). Później pomagała materialnie żonie i rodzinie Cerdana. Choroby, na które cierpiała, m.in. reumatyzm, uśmierzała środkami antybólowymi, alkoholem i morfiną, od której się uzależniła. Jej drugi i zarazem ostatni mąż, piosenkarz Theo Sarapo, zajmował się nią z czułością. Kochał ją bezgranicznie, choć był do niej 21 lat młodszy. Zginął w wypadku samochodowym siedem lat po jej śmierci i został pochowany w jej grobie.

Edith Piaf zaczęła śpiewać w 1924 roku na ulicach Paryża jako czternastoletnia dziewczyna. Śpiewaniem zarabiała na życie swoje i ojca. Po raz ostatni wystąpiła na scenie opery w Lille 31 marca 1963 r. Później złośliwy rak wątroby w przykuł ją do łóżka. Zmarła 10 października 1963 roku. Na pogrzeb przybyło ponad 40 tysięcy osób ze wszystkich warstw społecznych. Media pisały, że była skarbem nie tylko Francji, ale także świata. Nie myliły się.

Mam wszystkie jej nagrania. Mam też chyba wszystkie filmy i kroniki, które ją pokazują w różnych sytuacjach. Wielka nasza aktorka Elżbieta Barszczewska przywiozła mi w prezencie z Paryża nagranie ostatniego występu Edith Piaf w Olympii. W pewnym momencie następuje w nim niespodziewana przerwa, bo Edith nie może przypomnieć sobie słów piosenki i prosi publiczność o wybaczenie. To, co się wówczas działo na widowni jest nie do opisania – po prostu manifestacja, już nie uwielbienia a wielkiej miłości. Wyśpiewała ją sobie i nam.

Od redakcji:
Wkrótce zaprosimy Czytelników na wieczór poświęcony Edith Piaf. Poprowadzi go Andrzej Józef Dąbrowski. O terminie poinformujemy w następnym numerze.