Ma sztuczne paznokcie. Brokatowe. Czerwone. I przyklejone rzęsy. I uśmiech kogoś, kto opuścił dom rodzinny zbyt wcześnie. Wyjechał i nie wrócił. Na święta. Ani te pierwsze. Ani żadne inne. W obcym mieście. W obcych mężczyznach. Przyspieszone dojrzewanie. Do siebie. To miasto pełne jest samotnych kobiet. Co wracają do pustych mieszkań. Przytulają psy. Koty. Czasem inne ciało. Coraz rzadziej. Dwa razy w tygodniu chodzą na jogę. Raz w tygodniu upijają się. Oglądają nocami seriale. Pracują. Dużo pracują. Żeby nie mieć czasu. Na wszystko co mogłoby się wydarzyć. Ale się nie wydarza. Rodzinę. Dzieci. Życie.

Święta wytrącają z rytmu. Obnażają pustkę skrupulatnie maskowaną codziennym wysiłkiem utrzymania pozorów. Że wszystko jest w porządku. Że wszystko jest pod kontrolą. Święta samotnych uwierają. Boli cudza radość, rodzinne rytuały, domowe pierniczki, zdjęcia noworodków w bombkach, na igliwiu, na śniegu, pod choinką, na choince. Obligatoryjna szczęśliwość. Rogi renifera. Gwiazda betlejemska.

Samotni. Niekochani. Niekochający. Mam dla nich dodatkowe nakrycie. W sercu. I sianko. I kolędę.

*

Jest coś odrażającego w przepychu świąt. Nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu. Obnoszeniu się ze swoją małą stabilizacją. Opłatkiem. Łuską karpia. Zręcznie ulepionym pierogiem. Kiedy to wszystko się dzieje. To. Czyli świat. Głód. Śmierć. Statki z uchodźcami idące na dno. Zwielokrotnione i pomniejszone Titaniki. Na których nie gra orkiestra. Jest coś niestosownego w sytym i bezpiecznym społeczeństwie pogrążonym w depresjach i nałogach. Pogrążonym w autopromocji i autodestrukcji. W obrazku, który zobaczyłam w drodze do pracy. Obsikanym bezdomnym, którego ciało zaległo w poprzek chodnika. I pani w futrze, cekinie i złocie, objuczonej świątecznymi zakupami, przekraczającej przeszkodę, nie przerywawszy rozmowy telefonicznej. Jakby to była kałuża, sterta zmiętych ubrań, przewrócony kosz na śmieci.

Nie wiem dlaczego o tym piszę. Może z przekory. Bo miało być radośnie. Lekko i przyjemnie. Noworocznie i optymistycznie. Bo takie zapotrzebowanie. Na dzwoneczki. Migające lampki. Zapach rodzinnego domu w aerozolu. A tu nic się nie zgadza. Jest wiosna. Pada deszcz. Polska wyłazi z każdego kąta. Czytam nowe wiersze Świetlickiego. I przypominam teksty starych piosnek. „Zło, te przeboje” i „Delta Dietla”. Przyszły pocztą. Z woreczkiem suszonych grzybów. Twarzą w czarnych okularach. Papierosem. I trąbką.

Za dwa dni będzie po wszystkim. Zamieciemy igliwie pod dywan. Na ścianie powiesimy kalendarz. W tym roku zwycięskie bitwy polskich armii. W ustępującym był papież. Karol Wojtyła na styczeń, maj i grudzień. Zamiast roznegliżowanych panienek. To zasługa polskich instytucji. Które dbają, by duch w narodzie nie ginął. Szczególnie na emigracji. Szczególnie w Ameryce. Co roku obiecuję sobie, że kupię kalendarz o wymowie neutralnej, nie zorientowany na politykę, religię, bez polskich świąt kościelnych, urodzin przywódców duchowych i długich weekendów, które nas nie dotyczą. I co roku przegrywam z kretesem. Zanim się obejrzę, on już tam jest. Czeka. Aż, zrezygnowana, przytroczę go do słomianki. Przepisując wcześniej rodzinne święta i inne ważne daty. Powieszę w centralnym punkcie mieszkania. Żeby przez dwanaście miesięcy przypominał jaka jestem nieudolna. Niezorganizowana estetycznie. Leniwa. Że wolę darmowy, od pani z okienka. Bo nie stać mnie, mentalnie, by pójść do sklepu. I nabyć kalendarz, w którym nie będzie zaznaczonych imienin Barbary ani Andrzeja, Wigilii oraz Trzech Króli. Daty pontyfikatu i wszystkich powstań narodowych. Że nie mogę, nie umiem, nie chcę. Przegryźć pępowiny. Oswobodzić się. Jestem Polakiem. Mam na to papier. I cały system zachowań – jak śpiewało Raz Dwa Trzy. A teraz i kalendarz. Z szóstką na końcu.