Wojciech Waglewski, lider zespołu Voo Voo, urodził się w Nowym Sączu i po latach opowiadał, że „w świecie bez internetu i telewizora, kiedy mocniej chłonęło się dźwięki rzeczywistości, miejsce to było inspirujące dzięki spotkaniom z folklorem góralskim i cygańskim, z opowieściami babci o kulturze żydowskiej, z pamięcią o Łemkach”.

Po przeprowadzce do Warszawy, jak większość jego pokolenia, odkrywał bigbit, ale chodził też pilnie na festiwal Jazz Jamboree, słuchając free jazzu, bluesa i rocka spod znaku Jimiego Hendriksa. Ślady tych wszystkich inspiracji odnajdujemy w muzyce, którą „robi” z zespołem Voo Voo od 30 lat. Waglewski to jedna z najciekawszych osobowości na polskiej scenie rockowej.

Genialny muzyk, a przy okazji świetny tekściarz i zwyczajnie – mądry facet. W rozmowie dla Tygodnika Powszechnego wyznał: „Piosenki z płyty „Matka, Syn, Bóg” nie są laurką na dzień ojca, tylko opowieścią o tym, jak się w tym ojcostwie docierać. A docierać się trzeba, gdyż łączy nas (z dorosłymi synami) pewien konserwatyzm w myśleniu o rodzinie”.

I dodaje: „To, w jaki sposób pracuję i o czym piszę, zawdzięczam tylko i wyłącznie rodzinie. Bardzo głęboko wierzę w monogamię, to jest dosyć odosobniony pogląd w dzisiejszych czasach. Wierzę w relacje rodzinne, w to, że trzeba być z dziećmi od małego i że trzeba na te relacje chuchać i dmuchać”. Chciałoby się napisać: amen.

*

„Książki należą dla mnie do kategorii „być” a nie wyłącznie „mieć”. Mój dom jest tam, gdzie moja biblioteka”- mówi ks. Adam Boniecki. I dodaje: „Zawsze zakorzeniałem się w jakimś miejscu dopiero wtedy, gdy poukładałem książki na półkach. Wyniosłem to z rodzinnego gniazda, w którym biblioteka to był osobny, przestronny pokój z oszklonymi regałami. Niszczenie naszego domu polegało przede wszystkim na niszczeniu księgozbioru. Opuszczając to miejsce w latach 40., mogliśmy zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy”- opowiada. „Ponoć przed zajętym już budynkiem zapłonął później stos, na którym spalono wiele naszych książek. Po blisko półwieczu napisał do mnie pewien człowiek, którego ojciec lub dziadek widział to wszystko i uratował jeden z woluminów. Przechowywali go w rodzinie z czcią, teraz postanowili oddać. To był młody człowiek – raczej nie syn, tylko wnuk tamtego świadka. Spotkaliśmy się. Przyjąłem książkę i zaraz mu ofiarowałem”.

*

Janusz Majewski nakręcił film według książki Włodzimierza Kowalewskiego. Nosi tytuł „Ekscentrycy. Po słonecznej stronie ulicy”. Reżyser odbierając w Gdyni Srebrne Lwy, zaapelował do młodych twórców, by przestali kręcić smutne filmy. „W ostatnich latach powstała u nas cała masa filmów o nieszczęściu.

Polska na ekranie to kraj nieudaczników, meneli, a wokół nich brud i ubóstwo”- mówi Majewski. „Z drugiej strony jest Polska jak z reklamówki – w komediach romantycznych, niestety głupkowatych. Tam z kolei tylko apartamentowce, biurowce i podświetlony nocą most na Wiśle. Zabierając się do kręcenia „Ekscentryków” postanowiłem, i to z premedytacją, zrobić coś innego”.

I powstał film muzyczny, w doborowej obsadzie: Wiktor Zborowski, Wojciech Pszoniak, Marian Opania, Anna Dymna oraz Maciej Stuhr, w roli głównej. Który tak opowiada o filmie: „To sentymentalna podróż w lata 50. Opowiadamy o odległych czasach, naszemu pokoleniu znanych z opowieści rodziców czy nawet dziadków. Mimo, że ta historia dzieje się w czasach siermiężnych i smutnych, ma swoją magię.

Mój bohater przyjeżdżając z Anglii, w dobrych garniturach, z dobrą muzyką w głowie i sercu, we wspaniałym, czerwonym kabriolecie, tworzy w tym PRL-u jakiś baśniowy świat”. I dodaje: „Film nosi w podtytule tłumaczenie wspaniałego standardu jazzowego „On the sunny side of the street”, który jest mottem tego obrazu, ale też sposobem życia i myślenia Janusza Majewskiego, który ma we mnie ogromnego sojusznika.

Chcieliśmy zrobić film, przy którym ludzie się uśmiechają i słuchają dobrej muzyki”. Miejmy nadzieję, że się udało.

*

Z kolei Krzysztof „Krawiec” Krawczyk pod choinkę zaproponował swoim fanom album z balladami Cohena. „Śpiewam, jakby to były moje piosenki”- mówi artysta. „Kiedyś marzyłem, by brzmieć jak Presley czy Tom Jones. Teraz, nawet śpiewając cudze utwory, chcę być tylko sobą. Mój kardiolog powiedział, że śpiewam z sercem na dłoni, a on zna się na sercu jak mało kto”.

Krawczyk wyznał, że nie chce już tylko bawić publiczności, ale marzy, by otwierać im oczy. „Chciałbym, żeby słuchali tej płyty sercem i duszą”- wyznaje. Artysta, który sam zaliczył kilka życiowych upadków, opowiada: „Choć nigdy nie znalazłem się na totalnym dnie, byłem blisko. Miałem w Ameryce taki zespół. Brali wszystko, jak leci. I ja razem z nimi.

Poza heroiną próbowałem wszystkich narkotyków, włącznie z grzybkami halucynogennymi”- zwierza się Krawczyk. „Żeby wyjść z narkotyków, wpadłem w lekomanię. Poszedłem do kliniki w Las Vegas, bo krwawiłem z nosa przez kokainę. A lekarz mi tłumaczy: nie martw się, zamontuję ci dwie plastikowe osłony wewnątrz nozdrzy i będziesz mógł wciągać do woli. Cały show- biznes to robi. Ciężko mi było z tego wyjść, bo w Ameryce wszystko jest dostępne. A jeszcze kolega mi objaśniał: chcesz być na scenie jak tygrys? – mam na to zastrzyk. Chcesz się dobrze czuć albo spać? Jest na to tabletka. Jakbym nie spotkał na drodze Ewy, mojej obecnej żony, to nie wiem czy byśmy dzisiaj rozmawiali”.

Na szczęście legenda polskiej piosenki ma się dobrze. Nagrywa płyty a dla nowej generacji muzyków – ostatnio hiphopowców – „Krawiec” stał się klasykiem, zapraszanym na festiwale i do wspólnych nagrań, choć bywa również obiektem drwin. „Nie mam wpływu na to, jak jestem postrzegany, ale mi to nie przeszkadza”- mówi. „Potrafię być autoironiczny”. A to – jak wiemy- rzadka cecha u polskich artystów. Zatem- zatańczmy z Krawczykiem jeszcze raz. W końcu noc sylwestrowa tuż tuż …