Polka Dot na Greenpoincie. Foto: Tomasz Bagnowski

Polka Dot na Greenpoincie. Foto: Tomasz Bagnowski

Amerykanie, którzy wprowadzają się na Greenpoint chcą się asymilować w tej dzielnicy.

Przyciąga ich to co polskie, w moim przypadku jedzenie – mówi Marzena Parys, właścicielka sklepu „Polka Dot”. Jej zdaniem przystosowanie się do zachodzących na Greenpoincie zmian to recepta na przetrwanie polskich biznesów.

Adres 726 Manhattan Ave. na Greenpoincie od lat znany był mieszkańcom tej dzielnicy dzięki szyldowi: „Polski Meat Market”. To tu od 19 lat przychodziło się po wędliny i mięso. Sklep założony przez męża pani Marzeny, Mariusza oferował wędzone na miejscu wędliny i mięso, zatrudniał nawet własnego masarza. Przez pierwszych 12 lat biznesem zajmował się przede wszystkim mąż Marzeny. Klientami byli niemal wyłącznie Polacy. Później, po jego śmierci, całość przejęła ona.

Przez kilka kolejnych lat większych zmian nie było. Wychowująca trójkę dzieci właścicielka, jak wielu Polaków, zastanawiała się wówczas, czy nie wrócić do kraju. Kiedy stało się jasne, że jej drugą ojczyzną nadal będzie Ameryka, Marzena stanęła przed koniecznością zmiany. Po części wymusiła ją dynamiczna transformacja Greenpointu. To właśnie pod jej wpływem, pół roku temu, sklep przeszedł gruntowne przeobrażenie.

Jak mówi obrazowo właścicielka trochę jak kameleon zaczął dostosowywać się wyglądem do otoczenia. Szyld „Polski Meat Market” zastąpił nowy: „Polka Dot”. Zaraz obok pojawiło się hasło: „Home Made Polish Food”, umieszczone w witrynie głównie z myślą o nowych klientach.

Zmieniło się również wnętrze. Dziś w środku widać drewniane białe panele i świeżo pomalowane ściany. W głębi pokaźnych rozmiarów słoje z kiszonymi ogórkami i kapustą, w wiklinowym koszu świeże pieczywo, tuż przy nim lemoniada. W środku są też stoliki, trochę jakby na wzór dawnych polskich garmażerii. To przy nich szybko, bez potrzeby czekania na kelnerską obsługę, można zjeść jeden z przygotowywanych na miejscu posiłków. W ofercie szeroki zestaw dań, od tradycyjnych polskich pierogów, naleśników i gołąbków, poprzez różnego rodzaju sałatki i dania wegetariańskie. Łączy je jedno, wszystkie robione są według domowych, polskich przepisów.

Klientela mocno mieszana. Wśród kupujących widać Polaków, przeważają jednak Amerykanie. W kolejce sporo młodych, brodatych hipsterów, ciekawie rozglądających się dookoła w oczekiwaniu na zakup polskich specjałów. Zaglądają też rozgadani turyści, pragnący na własne oczy zobaczyć i własnym podniebieniem posmakować polskiego Greenpointu. Za ladą młode ekspedientki, na zapleczu krząta się właścicielka i pochodząca z Sanoka pani Zosia, autorka okrytego tajemnicą wyjątkowego, bieszczadzkiego przepisu na kiszone ogórki.

„Remont robiłam z pomocą kilkorga znajomych” – opowiada Marzena. „Nie było żadnej wyspecjalizowanej firmy, która weszła i wyremontowała sklep według z góry przygotowanego planu. Ogólna wizję miałam, ale i tak duża część obecnego wyglądu to trochę improwizacja” – mówi. „Wieczorami, po zamknięciu sklepu, tak tu dłubaliśmy sobie do późna w nocy. Najpierw mój kolega, Marek, obiecał, że zrobi mi jedną ścianę i tak się zaczęło, jak zobaczyłam, że on się dobrze na tym zna, to się zdecydowałam na większy remont. Potem Marek powiedział: „wiesz co Marzena, sam nie dam rady z tą ścianą, musimy wziąć pomocnika i tak pojawił się Robert, który pomagał. Moje dzieci malowały sufit, ja szorowałam papierem ściernym, malowałam panele i w końcu wszystko zrobiliśmy” – opowiada właścicielka.

„Napisy „Home Made Polish Food” wykonała moja przyjaciółka, Donya Landwójtowicz. Ona to dla mnie napisała, jej też się radziłam w wielu sprawach odnośnie remontu” – dodaje Marzena.

Tak naprawdę nowa nazwa: „Polka Dot” to także w pewnym sensie dzieło przypadku.

„Przez kilka miesięcy po usunięciu starego szyldu klienci się pytali – jak ten sklep się nazywa, a my wciąż nie mieliśmy żadnego pomysłu. Kiedyś zakupy robiła u nas Amerykanka, która zaproponowała „Polka Dot”. Mnie się ta nazwa od początku spodobała, ale pytałam jeszcze znajomych. Ponieważ wszyscy uznali, że do nas pasuje, to tak zostało” – opowiada Marzena.

Remont przyczynił się do tego, że do sklepu zaczęło przychodzić więcej Amerykanów. Potwierdza to robiący zakupy Richard. Jego do wejścia do środka zachęcił właśnie napis „Home Made Polish Food”.

„Odkąd pierwszy raz spróbowałem tutejszego jedzenia jestem stałym klientem. Poleciłem też sklep kilkorgu znajomych. Szczególnie lubię kotlety schabowe i sałatki” – powiedział nam Richard.

Zaprzyjaźniona z Marzeną, Katarzyna Glinka, polska aktorka mieszkająca na Greenpoincie, szczególnie chwali pierogi.

„Uwielbiam też łososia, moim zdaniem jeden z najlepszych jakiego można zjeść w Nowym Jorku” – mówi. Ale właściwie to lubię tu wszystko. Smakuje jak w domu” – dodaje z uśmiechem.

Choć najmocniejszą stroną „Polaka Dot” są właśnie domowe wyroby to Marzena nie zawsze była wielka fanką gotowania. Pochodząca z miejscowości Świlcza pod Rzeszowem właścicielka mówi, że zawsze kiedy w domu było do wyboru gotowanie lub sprzątanie wybierała to drugie. „Polskie potrawy nauczyłam się gotować w Ameryce” – przyznaje Marzena.

Do Nowego Jorku przyjechała jako studentka historii, w 1990 roku. „Na początku mieliśmy zostać tylko na wakacje, a okazało się, że zostaniemy na całe życie. Wszystkie moje dzieci się tu urodziły, ale bardzo dobrze mówią po polsku i mają duży sentyment do Polski. Ja też”, dodaje.

„Po przyjeździe przez pewien czas mieszkaliśmy na Jackson Hights i miałam mało styczności z Polakami. Pamiętam jak kiedyś przyjechaliśmy z mężem na Greenpoint i w jednym ze sklepów zobaczyłam napis „Zakopane” i tak mi się zrobiło przyjemnie i łezka mi się w oku zakręciła, że po polsku ten napis” – mówi Marzena.

„Teraz dzielnica jest zupełnie inna. Z jednej strony te zmiany nie są korzystne, bo Greenpoint traci tę swoją tradycyjna polskość. Z drugiej strony teraz jest tu o wiele schludniej i bezpieczniej niż kiedyś. Na zmiany nic nie możemy poradzić.

Wiadomo, że nie ma już tak jak kiedyś świeżego dopływu imigrantów z Polski i to się raczej nie zmieni. Zmieniać muszą się polskie biznesy funkcjonujące na Greenpoincie. To my musimy się dostosować” – uważa Marzena. „Ja zawsze słuchałam klientów, ich opinii, nie tego co chwalą, ale też tego co krytykują. Może czasem to trochę boli, ale to ważne, żeby wiedzieć jak się poprawiać” – dodaje. Dziś w „Polka Dot” oprócz właścicielki pracuje siedem Polek.

„Mamy rodzinną atmosferę. Tyle godzin człowiek tu spędza, że inaczej się nie da. Ja zresztą nie umiem być formalna, nie mam nawet swojego biura, więc często się śmiejemy i żartujemy. Tak się dużo lepiej pracuje” – przekonuje Marzena.
Pytana o receptę na sukces w biznesie trochę się waha, po czym mówi: „nie ma złotego środka. Najważniejsza jest chyba determinacja, tak było w moim przypadku. Wiedziałam, że muszę sobie poradzić, bo mam trójkę dzieci na utrzymaniu, że one muszą mieć coś do ubrania i zjedzenia. Ostatnią rzeczą, o której powinno się myśleć to to, że zarobi się miliony. Ja nigdy tak nie myślałam” – mówi Marzena Parys.

Tomasz Bagnowski
www.greenpointpl.com