Kurier Plus - na drogach prawdy bozej

Bracia: Pan niech pomnoży liczbę waszą i niech spotęguje waszą wzajemną miłość dla wszystkich, jaką i my mamy dla was; aby serca wasze utwierdzone zostały jako nienaganne w świętości wobec Boga, Ojca naszego, na przyjście Pana naszego Jezusa wraz ze wszystkimi Jego świętymi. A na koniec, bracia, prosimy i zaklinamy was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przejęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu i jak już postępujecie, stawajcie się coraz doskonalszymi! Wiecie przecież, jakie nakazy daliśmy wam przez Pana Jezusa.

1 Tes 3,12-4,2

Każdy z nas chciałby napisać piękną i szczęśliwą historię swojego życia. W tym pisaniu pióro jest najmniej ważnie, bo tę historię piszemy samym życiem. Zapewne wielu z nas uważa, że taką piękną historię życia napisała Barbara Apolonia Chałupec, znana pod nazwiskiem Pola Negri. Jest ona pierwszą Europejką, która zrobiła oszałamiającą karierę w Hollywood i utorowała drogę europejskim gwiazdom do „fabryki snów”. Jej życie przypomina bajkę o Kopciuszku, który zamienił się w królewnę. Urodziła się w ubogiej rodzinie w Lipnie na Kujawach. W Stanach Zjednoczonych stała się nie tylko gwiazdą kina niemego, ale również symbolem uwielbienia. Jej urokowi nie mógł oprzeć się Charlie Chaplin oraz największy amant kina niemego Rudolf Valentino. Aktorka zagrała w 63 filmach, po raz ostatni w roku 1964. W latach siedemdziesiątych Steven Spielberg zaproponował jej udział w filmie „The Sugarland Express”. Legenda kina, stanowczo odrzuciła tę propozycję, mówiąc: „Przychodzi taki czas, kiedy gwiazda musi zebrać swoje wspomnienia i zejść ze sceny, by rozpocząć życie prywatne, życie wypełnione nostalgią i zadumą nad swoimi dokonaniami”. Z tej zadumy i wspomnień powstała autobiografia pt. „Pamiętnik gwiazdy”.

Jednak w tej pięknej historii życia nie wszystko było tak cudowne. W programie Anny Arwaniti mogliśmy usłyszeć słowa: „Życie prywatne Poli Negri, acz pozornie atrakcyjne, było życiem kobiety bardzo nieszczęśliwej. Nigdy nie osiągnęła tego, co nazywa się szczęściem”. Wyimaginowany świat filmu oraz sława i bogactwo jakie się z tym wiążą nie są w stanie zaspokoić najgłębszych pragnień duchowych człowieka. Pola Negri szukała tego najgłębszego spełnienia siebie także w innej sferze. Była zawsze otwarta na człowieka potrzebującego i na sprawy religijne. W roku 1944 dzięki jej staraniem zakupiono posiadłość w Los Angeles, na której wybudowano kościół pod wezwaniem Matki Bożej Jasnogórskiej. Ona też od samego początku aktywnie zaangażowała się w życie tej wspólnoty parafialnej, m.in. czyniąc starania o pozyskiwanie funduszy na dzieło budowy świątyni. Ufundowała dla tej parafii stacje Drogi Krzyżowej wykonane we Włoszech. Tak wspomina te dni: „Wówczas natychmiast opodatkowałam się na budowę kościoła i aż do momentu opuszczenia Hollywood regularnie wywiązywałam się z przyjętego zobowiązania”. W archiwum tej paratii jest list Poli Negri do św. Jana Pawła II, w miesiąc po jego wyborze na Stolicę Piotrową: „Madame Pola Negri pokornie prosi Waszą Świątobliwość o specjalne Błogosławieństwo Apostolskie jako zadatek błogosławieństw niebieskich”. Błogosławiony, znaczy szczęśliwy. Zmarła 1 sierpnia 1987 roku w San Antonio – zapewne Bóg obdarzył ją błogosławieństwem, o które prosiła.

Wysłuchajmy jeszcze jednej filmowej historii, która miała miejsce nie w Hollywood, ale w Middle Village NY. Ania udała się do pizzerni Rosa, gdzie akurat kręcono film. Pośród reflektorów, kabli i kamer, nie zatrzymana przez policjantów, czy ekipę filmową weszła do środka i zamówiła pizzę. Zdumieni pracownik za ladą spojrzał na nią i powiedział: „Teraz nie sprzedajemy pizzy, tylko kręcimy film”. Zawstydzona Ania przeprosiła i dopiero wtedy zauważyła, że wszystko wyglądało inaczej niż zwykle; kamery, reflektory, no i te rozbawione i zdziwione spojrzenia aktorów zgromadzonych w pizzerni i na zewnątrz. Bez pizzy, głodna wróciła do domu. Ta zabawna historia skojarzyła mi się z obrazem naszego życia w wymiarze religijnym. Marzymy, aby nasze życie było piękną historią, jaką możemy oglądać na filmach. I nieraz towarzyszą nam w życiu kamery, światła reflektorów i wszystko układa się jak w filmowej bajce. Ale w pewnym momencie zaczynamy odczuć głód chleba duchowego, który przybiera nieraz formę wieczności, sprawiedliwości, bezinteresownej miłości itd. I może w świetle reflektorów ziemskiego blasku, kamer sławy zdążamy do lady, aby nabyć chleb zaspakajający najgłębsze głody naszej duszy. A wtedy możemy usłyszeć, jak Ania: „Tu nie ma prawdziwego chleba, to wszystko jest na pokaz, to tylko film. Tu nie zaspokoisz głodu, który odczuwasz”. Dla chrześcijan jest taki stół, a stojący za nim mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. W Jego imieniu kapłan podnosi biały kawałek chleba i mówi: „Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje”.

Rozpoczynamy kolejny Adwent w naszym życiu. Stając przy ołtarzu sprawowania Eucharystii śpiewamy w jednej z pieśni adwentowych: „Spuśćcie nam na ziemskie niwy / Zbawcę, z niebios obłoki! / Świat przez grzechy nieszczęśliwy, / Wołał w nocy głębokiej”. W innej zaś pieśni wołamy językiem aramejskim, jakim posługiwał się Jezus: „Marana tha”. Przyjdź, Panie. To adwentowe wołanie spełniło się już w połowie. Niebiosa „spuściły rosę” i Pan przyszedł. Dokonało się to ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem. To wszystko będziemy uroczyście wspominać i obchodzić za cztery tygodnie, w czasie świąt Bożego Narodzenia. Do godnego przeżycia zbliżających się świąt będziemy się przygotowywać przez cztery tygodnie adwentowe, w które zapewne wpiszą się rekolekcje, które mają nas duchowo przygotować na te święta. Będzie to zarazem przygotowanie na spełnienie drugiej połowy naszego wołania. A kiedy się to spełni nie wiemy, dla jednych jutro dla innych może za sto lat. Czytania biblijne na pierwszą niedzielę Adwentu koncentrują się na spełnieniu drugiej połowy naszego wołania – przyjścia Chrystusa przy końcu świata, co jest w naszym indywidualnym życiu równoznaczne z końcem ziemskiego życia, ze śmiercią.

Prorok Jeremiasz w pierwszym czytaniu zapowiada przyjście Mesjasza: „Oto nadchodzą dni, kiedy wypełnię pomyślną zapowiedź, jaką obwieściłem domowi izraelskiemu i domowi judzkiemu. W owych dniach i w owym czasie wzbudzę Dawidowi potomka sprawiedliwego; będzie on wymierzał prawo i sprawiedliwość na ziemi”. To proroctwo częściowo spełniło się w Betlejem wraz z narodzeniem Chrystusa, ale to narodzenie nie wyczerpuje w całości treści wizji prorockiej, która sięga o wiele dalej, sięga powtórnego przyjścia Mesjasza. O tym powtórnym przyjściu przypomina sam Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłoku z wielką mocą i chwałą”. I wtedy ostatecznie spełni się nasze adwentowe wołanie: Marana tha. Przyjdź Panie. Na ten moment mamy być przygotowani. Chrystus mówi: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka jak potrzask”. To wezwanie przypomina nam św. Paweł w I Liście do Koryntian: „Bracia: Pan niech pomnoży liczbę waszą i niech spotęguje waszą wzajemną miłość dla wszystkich, jaką i my mamy dla was; aby serca wasze utwierdzone zostały jako nienaganne w świętości wobec Boga”.
A na zakończenie wysłuchamy słów św. Jana Pawła II w życiu którego w całości spełniło się adwentowe wołanie: „Adwent odnawia oczekiwanie na Chrystusa, który przyjdzie, aby nas zbawić, w pełni urzeczywistniając swe królestwo sprawiedliwości i pokoju. Coroczne wspominanie narodzin Mesjasza w Betlejem odnawia w sercach wierzących pewność, że Bóg pozostaje wierny swym obietnicom”.