DSC_0040

 

Nigdy nie uczestniczyłam w Paradzie Pułaskiego. Nie pomalowałam twarzy w narodowe barwy. Nie machałam biało- czerwoną chorągiewką. A nawet nie przyglądałam się z boku. Z ciekawości. Zza obiektywu. Mam jakąś ułomność. Nie potrafię wzniecić się patriotycznie. Na komendę. Zbiorowo. Okazać dumy z przynależności narodowej. Maszerować z pieśnią na ustach i orzełkiem na piersi. Pod sztandarem. W grupie. Mam jakiś wewnętrzny opór. Przed manifestowaniem. Czegokolwiek. Również tzw. polskości, którą zresztą- gdyby głębiej się zastanowić- definiuję zupełnie inaczej, niż większość „prawdziwych Polaków”. Patriotyzm to dzisiaj trudne słowo. I trudny koncept. „Patriota” w języku jednych brzmi jak obelga. Drudzy uważają, że mają monopol na używanie haseł: ojczyzna, naród, Polska. Trzeba się zapisać. Trzeba się opowiedzieć. Trzeba się podzielić. Nie można stać w rozkroku. Mieć wątpliwości. Być pomiędzy. Jak podczas wycieczki autobusowej: panie na prawo, panowie na lewo. Nie ma miejsca dla niezdecydowanych. Na bycie za, a nawet przeciw.

Tadeusz Konwicki w rozmowie z Przemysławem Kanieckim zwierza się, że zawsze „pchało go, by być obok”. Mówi o wewnętrznym lęku przed zbiorowością. Przed tym, co zbiorowość narzuca. Mam podobnie. Z jednej strony silna potrzeba bycia poza; najlepiej (i najłatwiej) w roli obserwatora. Ale z drugiej świadomość, że przynależność daje poczucie komfortu, bezpieczeństwa. Że trudno być „bez przydziału”. Nie należeć. Nie identyfikować się. Bo w kupie siła. I złudne- ale jednak- przekonanie, że człowiek nie jest sam.

A propos bycia samemu (na placu boju) to odkąd zostałam „wyzwoloną publicystką” stoczyłam kilkanaście dyskusji na temat wolności słowa i przekonań. Okazało się bowiem, że w przestrzeni publicznej, do której należą również portale społecznościowe, panuje cenzura większa niż za PRL-u. Większa i gorsza. Bo AUTO-cenzura. Koleżanki o feministycznych poglądach i liberalnych przekonaniach, oburzały się, owszem, kibicowały i wspierały, ale tylko w prywatnych wiadomościach wysyłanych prosto na mój telefon. Publicznie milczały jak zaklęte. Bo szefowa przeczyta. Bo pacjenci. Bo Polonia jest konserwatywna i lepiej się nie wychylać. Bo dziecko w katolickiej szkole i co pani dyrektor powie. I lepiej siedzieć cicho. Nie wystawiać na internetową chłostę. Nie rozjuszać wojujących ortodoksów. Bo zazwyczaj źle się na tym wychodzi. Bo przykleją łatkę. Bo się odwrócą. Wystarczy, że wspierasz mniejszości seksualne w walce o równe prawa, nie chcesz kary śmierci dla kobiet dokonujących aborcji, a na dźwięk słowa „gender” nie spluwasz za lewe ramię- i już jesteś w środowisku polonijnym na straconej pozycji. Tak twierdzą. Więc zapobiegawczo nie spuszczają ze smyczy „kontrowersyjnych” poglądów. Zakładając internetowy kaganiec. I milcząc wymownie.

Nie do końca rozumiem, co „środowisko polonijne” może takiej niesubordynowanej osobie- o lewicowych czy nawet lewackich sympatiach- uczynić, ale może kiedyś się dowiem.

Tymczasem wróćmy do autora „Małej apokalipsy”, który przemawia zza grobu, jakby donioślej i potężniej niż za życia: „Patriotyzm nie we wrzaskach się poznaje, tylko w cichych zachowaniach świetnych ludzi, którzy się nie pchają nigdzie ze swoją pretensją, żeby zaistnieć, żeby innych pouczać, innymi kierować”. Pełna zgoda. Mi również bliższy jest „mały”, codzienny patriotyzm. Nienarzucający się. Nieszukający poklasku. Można by powiedzieć- kameralny. Choć rozumiem potrzebę i znaczenie wspólnych przemarszów Piątą Aleją, nie potrafię odnaleźć się w formule wydarzenia. Ale także- a może przede wszystkim- w jej stylistyce. Flagach wymalowanych na skroniach, przypominających barwy wojenne prymitywnych plemion. Albo- co gorsza- hordy kiboli na stadionach. Tych wszystkich emblematach, szalikach i koszulkach z napisem POLAND. Koślawych platformach umajonych plastykowym kwieciem, mundurach, uniformach, ludowych strojach. I nie dotyczy to tylko polskiej parady. Ale każdej innej. Ostatnio oglądałam włoską. I słuchałam podobnych narzekań koleżanki z Rzymu, która kiwała głową z niedowierzaniem. Na widok czarnej gondoli wyładowanej workami na śmieci i naprędce skleconych budek z kwaśniejącym kremem do cannoli.

Dlatego wolę celebrować polskość aktywnie, kreatywnie. Tak, jak dzieje się to chociażby w ramach akcji Greenpoint Przemiany, podczas dorocznego Festiwalu Ulicy, gdzie polonijne organizacje, artyści i wysokiej klasy rzemieślnicy –  pokazują to, co w Polonii najlepsze. Bez narodowego zadęcia. Skromnie, fajnie, w miłej atmosferze.

Patriotyzm to nie tylko wymachiwanie flagą. To dbanie o język, uczestniczenie w polonijnych wydarzeniach kulturalnych, czytanie książek. Codzienny wysiłek, żeby ocalić kawałek polskiej łąki, która porasta nasze umęczone, imigranckie dusze; te wszystkie maki, chabry i jaskółki pod niskim niebem. To również- a może przede wszystkim- działanie na rzecz wspólnoty, która nie wyklucza, nie piętnuje, tylko jednoczy i pomaga sobie nawzajem. Bo- pod sztandarem czy bez- warto być razem. Nie tylko od święta.

 

 

Od redakcji:

Każdy ma prawo do swoich poglądów. 
Nie ze wszystkimi redakcja Kuriera się zgadza. Cieszylibyśmy się, gdyby powyższy felieton wywołał dyskusję.