Nie mogąc zasnąć czytam wiersze. O piątej nad ranem słowa poetów, których nazwisk nie zapamiętam, jawią się jawą i snem. Stoję w rozkroku a raczej leżę. Pomiędzy pokusą wstania bladym świtem a potrzebą zapadania w zniekształcone światy. Skrawki poezji dostają się pod powieki. I pieką. I pączkują w nie do końca przebudzonej głowie. Śnią się wersy. Roją słowa. Leje krew z otwartej rany. Jeśli akurat czytam o operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego. Albo przypominam sobie scenę z „The Knick”, gdzie kokainista, doktor Thackery, rekonstruuje nos syfilityczce przyszywając płat skóry z ramienia. Jest rok 1900. W brooklyńskim szpitalu dzieją się rzeczy fascynujące. I straszne. Na ulicach Irlandczycy biją Afroamerykanów. Ciąże usuwa siostra zakonna. A główny bohater jeździ dorożką na skrzyżowanie Mott i Canal Street, by oddawać się uciechom cielesnym w towarzystwie pięknych Azjatek. Pali opium. A potem dokonuje cudów na sali operacyjnej. Wskrzesza umarłych. Bo jest genialny. Szalony. I krnąbrny. I uwodzi niewinną i bladą, i ona na niebieskim rowerze jeździ po mieście i szuka ocalałych fiolek z narkotykiem, bo statki z liśćmi koki zatonęły w Atlantyku a w szpitalu kończą się zapasy i jej kochanek nie może operować, nie może funkcjonować. Jest na głodzie. Poci się i ręce mu drżą. I wszystko zmierza do tragicznego końca. Po drodze są dziwki, alkohol, zaplute czynszówki Lower East Side, gdzie imigranci padają jak muchy na tyfus, skorumpowana policja, gangi, wielkie pieniądze zamożnych rodzin i feministyczne zapędy córki potentata, która romansuje z czarnoskórym synem własnej służącej.

I trudno się rozstać z tym światem. Kostiumem. I bohaterami. Z których każdy skrywa brzydki sekret. Jakąś słabość. Niedoskonałość. I dlatego jest ludzki. Jest jakiś. Wyraźny. Frapujący. Literacki. Nie nudny, przewidywalny, powtarzalny, przyziemny. Ale pociągający. Owładnięty pasją. Obsesją. Ciekawszy, niż większość postaci spotykanych na co dzień. Mówiących o tym samym, tym samym językiem, tonem. Ludzi, którzy popadli w banał, w prozę życia. Nie mogących uwolnić się z formy. Zniewolonych konwenansem, społecznym oczekiwaniem, propagandą sukcesu, którego znakiem dom z ogrodem, albo przynajmniej mieszkanie na kredyt. Wczasy zagraniczne. Samochód.
Żyjemy w czasach, gdzie brakuje idei. Liczy się tylko forsa. I zabawa. Choć przyglądając się egzystencji znajomych, to niewiele czasu zostaje na przyjemności. Sami zakładamy sobie sznur na szyję, przekonując, że pętla nie ciśnie za mocno.

*

„Warto walczyć o siebie. Żeby się nie dać sformatować, że trzeba zwyciężać, zarabiać, kupować. Nie dać się przerobić w szczura, tylko znaleźć niszę i dzięki niej nie dać się wrobić w cały ten śmietnik, który sączy w nas popkultura, żeby przerabiać na konsumentów, na pożeraczy badziewia.” – mówi Andrzej Stasiuk. Któremu się udało. Odosobnić. Utrzymać z pisania, pozostając na uboczu. „Nie robiąc z siebie małpy w telewizji”- jak pisze. „Uwolnić od tanich chciejstw.” Mieszka w Beskidzie Niskim. Ma szczęśliwą rodzinę. Własne wydawnictwo. Podróże. Książki. Przestrzenie. I sławę, której nie pozwolił się wykoślawić. Wziąć na łańcuch. Ale dzięki której może żyć tak, jak chce. Na własnych zasadach. Nieskrępowany umowami. Bez konieczności zakucia się w dyby promocji i marketingu, wyników sprzedaży, słupków pokazujących ilość internetowych odsłon, kliknięć. Gdybym miała sobie wyobrazić alternatywne życie, wyglądałoby podobnie. Z dala od blichtru i taniego poklasku. Ale ze świadomością, że po drugiej stronie czeka inteligentny i wrażliwy odbiorca. Że pisze się po coś. Dla kogoś. Ale jest się w tym procesie wolnym. Nikt nie stoi z batem w ręku. Nie pospiesza. Nie wmusza. Jest czas na bycie. Doświadczanie. I przyjemność. Pasja zamieniona w przykry obowiązek, zaczyna uwierać. Dręczyć. Choć historia literatury pokazuje, że arcydzieła można pisać od 9 – 5, z przerwą na lunch, jakoś mnie to nie przekonuje. Bliżej mi do Tadeusza Konwickiego, który tworzył w zrywach, nocą na tapczanie, ekstatycznie, chaotycznie. We wzburzeniu. W amoku. Nigdy nie wchodząc w rolę literata. Z maszyną do pisania. Biurkiem. Rytuałem. Pozą. „Ja tak spontanicznie rzucałem się na ten swój tapczan i po nocach pisałem. Pisałem z jakiejś potrzeby. Czułem, że powinienem ślad swojej egzystencji, swojego pobytu tutaj zostawić. Nie wiem dla kogo. Może dla nikogo.” – mówił w filmie dokumentalnym, który oglądam po raz trzeci z nadzieją, że w końcu coś zrozumiem. Ale tylko słucham z rozdziawioną gębą. I robię notatki. A potem zapadam w płytki sen. O stoliku w warszawskim „Czytelniku”, Wilnie, powstaniu i próbnej maturze, na której pisałam o „Małej apokalipsie”.

Kiedy się ocknę będzie siódma rano. Na kartce przy łóżku przeczytam:

„Moje życie, albo cudze. Najpewniej jakieś wymyślone. Ulepione z lektur, niespełnień, starych filmów, niedokończonych wojen, zasłyszanych legend, niewyśnionych snów. Moje życie. Kotlet z białka i kosmicznego pyłu.”*

 

 
*Tadeusz Konwicki.