Poniedziałek
Ben Carson startuje na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kim jest? Ponad trzydzieści lat pracował jako neurochirurg dzięcięcy czyli był elitą wśród elit lekarskich. Jako 33-latek został najmłodszym ordynatorem w Ameryce, dwa lata później jako pierwszy na świecie dokonał rozdzielenia bliźniąt złączonych głowami. Historia Carsona jest niczym opowieść z książki w stylu „od pucybuta na społeczne szczyty” i to koniecznie z dopiskiem „tylko w Ameryce”, ale to nie jest agitacja wyborcza, choć Carson ciekawym kandydatem jest. Choć jako człowiek, który żadnych politycznych funkcji nie pełnił, może mieć trudność z przekonaniem wyborców.
Mnie chodzi o inną część historii Carsona. Związek rodzic-dzieci, syn-matka. Bo najważniejszą postacią dla emerytowanego neurochirurga była i jest Matka. Mając zaledwie trzynaście lat wyszła za mąż, ale gdy Ben i jego brat mieli zaledwie kilka lat, odkryła że jej mąż jest… bigamistą. Została sama z dziećmi. Niewykształcona (skończyła ledwie trzy klasy podstawówki), zarabiając sprzątaniem wychowywała synów, starając się za wszelką cenę nie żyć z pomocy społecznej. Sama ledwo co umiała czytać, ale zmuszała synów do nauki, powtarzając że w książkach znajdą sposób na wydarcie się z potwornej biedy, bo „potrafią zrobić wszystko to, co inni, tylko lepiej”. Początki nauki Carsona w podstawówce były trudne: nie uczył się, był wybuchowy – wdawał się w bójki i raz o mało nie zabił kolegi. Kłócąc się o wybór stacji radiowej, chwycił za nóż i pchnął… na szczęście ostrze wbiło się w sprzączkę od paska i… złamało się. Przestraszony Ben wrócił do domu i gorąco modlił się do Boga, aby poskromił jego wybuchowość i złość. Od tamtej pory było lepiej. Resztę dopełniła dyscyplina wprowadzona przez matkę: bracia Carsonowie mogli oglądać telewizję tylko w minimalnym wymiarze oraz musieli przeczytać dwie książki tygodniowo (ponieważ byli biedni, musieli je wypożyczać z miejskiej biblioteki publicznej) i pisać szczegółowe sprawozdania dla rodzicielki. – Czytając książki zrozumiałem, że mogę być tym, kim chcę. Że wszystko zależy od mojej decyzji i ilości energii jaką zdecyduję się włożyć w dany wybór – tak wspomina Carson swe młodzieńcze lata.
Matka stworzyła strukturę osobowiści Bena, dzięki której mógł prosperować w każdej sytuacji. Zbudowała mu wewnętrzny ład, dzięki któremu mógł zmagać się z trudnościami świata zewnętrznego. Czyż może być większy dar dla dziecka? Pewnie nie. Sam Carson tak pisze: „Razem z bratem wychowaliśmy się w domu bez ojca. Byliśmy biedni. Byłem wściekłym, agresywnym złym uczniem. Ale dla ludzi lewicy, razem z bratem, byliśmy ofiarami… ofiarami, które nie są w stanie pokonać okoliczności, w których żyliśmy. Mówili nam, że będziemy zależni od pomocy rządowej, albo skończymy w więzieniu, a może zostaniemy zabici zanim dożyjemy 25 lat…” Ale „dzięki Matce”, która za wszelką cenę starała się „nie być ofiarą” i tego samego wymagała od swoich dzieci, oraz dzięki wpojonej przez tę Matkę „pracy, wierze i edukacji” dorosły Ben osiągnął „błogosławione i pełne sukcesu życie”. Amen.

Czwartek
Czytam ja sobie wywiad na Wirtualnej Polsce z socjologiem Janem Sową. Autorem – ponoć, bo pierwsze słyszę – głośnej i dyskutowanej książki „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”. A w rozmowie z WP pan Sowa wyjaśnia dlaczego „nikt nie wydyma Polaka tak, jak drugi Polak” i na czym polegają złudzenia naszych konserwatystów i liberałów. – Przeciętny Polak może nie rozumieć wszystkich mechanizmów odpowiedzialnych za to, że jest mu źle, ale nie jest aż tak głupi, by dać sobie wmówić, że 1,5 tys. złotych brutto to królewska pensja, za którą powinien być dozgonnie wdzięczny włodarzom cudownej III RP. Taki człowiek nie będzie w stanie wejść w polemikę z ekspertami od ekonomii, więc położy uszy po sobie i będzie cierpiał w milczeniu. Ale będzie cierpiał do czasu – tłumaczy socjolog.
Początek dobry, zagłębiam się więc w lekturę. Diagnoza pana Sowy – w wyborach prezydenckich przyszło „polityczne tsunami” a wywołane przez “ miliony ludzi, którzy są tak wkurzeni na to, co się w naszym kraju dzieje i tak zdegustowani jałową „debatą” między PO a PiS, że są gotowi głosować na każdego, kto daje szansę rozbicia tego układu”. I ci ludzie to żaden motłoch ani niedouki, ale “wykształceni, z dużych miast, często w obiektywnie nienajgorszej sytuacji materialnej”. Tsunami – to mój komentarz – to może jeszcze nie, ale fakt, że już ruchawka, a takiej od wieków nie wywołuje biedota, ale ludzie z aspiracjami, którzy czują, że są blokowani przez układy, układziki, status quo.
Dalej znowu ciekawie. „Bogaci się bogacą, klasa średnia co najwyżej stoi w miejscu, a biedni biednieją. PKB może przy tym rosnąć, ale nie rosną dochody przeciętnego człowieka. Bogaci inwestują nadwyżkę w spekulacje finansowe, luksusowe dobra produkowane po drugiej stronie planety albo ukrywają je w rajach podatkowych. Nie dość, że bogactwo nie skapuje z góry na dół społecznej piramidy, to dzieje się odwrotnie: jest pompowane z dołu do elit. Mechanizm za to odpowiedzialny nazywa się długiem suwerennym i działa we wszystkich krajach rozwiniętych, bo nie ma państw, których budżet nie byłby zadłużony. Po tym, jak w latach 80. pod presją neoliberalnych reformatorów obniżono opodatkowanie kapitału i ludzie bogatych, w budżecie zaczęło brakować pieniędzy”. Fakt, łatwy pieniądz dostęny jest głównie dla bogatych, którzy mnożą go w różnego rodzaju spekulacjach finansowych.
I jest rozwiązanie bolączek stwierdza socjolog Sowa. Odważnie. Ciekawie. Pytanie czy ktoś to policzył? Nie wiem. Ale rozmową czuję się ubogacony.