Wecej_niz_mozesz_RGB

W felietonach parakulinarnych Dorota Masłowska wraca do niedzielnych popołudni z Benny Hillem, Dynastią, ćwiczeniami z matematyki i nielegalnymi słodyczami, chałupniczo i po kryjomu produkowanymi w kuchni. Podaje przepisy: „Cukier waniliowy z ręki- korzystając z donośności lektorstwa Janusza Szydłowskiego, cukier waniliowy wyjmujemy z szafki, wsypujemy w zagłębienie ręki i wysysamy; Chleb z masłem i cukrem- chleb smarujemy masłem i posypujemy cukrem (dla dzieci, których rodzice są ekstremalnie zaangażowani w seans filmowy lub popijają do niego duże ilości wina Cinzano, równie ż w wersji smażonej).” Kakao „na sucho”, kogel-mogel, torebeczki Visolvitu, którego musujące właściwości wprawiały w ekstazę nasze złaknione słodyczy, dziecięce podniebienia, pasta do zębów o smaku bananowym- to były przeboje peerelowskiego czasu niedoboru. Epoki wyrobów czekoladopodobnych, pomarańczy na kartki i kolekcjonowania „złotek” po słodyczach z Pewexu, które w najczarniejszych godzinach glukozowego detoksu wąchaliśmy w ukryciu. Dzisiaj z irracjonalnym sentymentem wspominamy smak oranżady w torebce foliowej ze słomką, andrutów, gumy balonowej „Donald” i mleka w proszku wyjadanego łyżeczką prosto z „unrowskiej” puszki. Tęsknimy do siermiężnych doznań podniebiennych, dlatego, że były pierwsze. I rzadkie. A przez to ważne i zapamiętane. A może zwyczajnie się starzejemy? Wracając do tego co było, idealizując przeszłość, w nieustannym poszukiwaniu straconego czasu i poczucia bezpieczeństwa. Kiedy życie było proste i miało smak kromki świeżego chleba z cukrem.

Albo niedzielnego obiadu. Drożdżowych pyz, które garowały pod wykrochmaloną ściereczką, modrej kapusty ze śliwką i kaczki rumieniącej się w piekarniku. Tradycyjny zestaw wielkopolski, który lata emigracji dodatkowo uszlachetniły, dodając splendoru i chwały, na którą- być może- wcale sobie nie zasłużył, staje się nagle obiektem kulinarnego pożądania, proustowską magdalenką, wehikułem, którym chcemy podróżować w czasie i przestrzeni. Podejmujemy heroiczne próby odtworzenia zapamiętanych smaków. Wyrabiamy drożdżowe ciasto, podsmażamy czerwoną kapustę ściśle według przepisu podyktowanego przez mamę, w końcu faszerujemy kaczkę jabłkami i w ciasno zasznurowanym gorsecie pieczemy na złoty kolor. Wszystko się udaje. Kluchy na łachu (gwarowa nazwa pyz, które układane na płótnie, względnie opatrunkowej gazie czy kawałku materiału (łachu) naciągniętym na garnek, gotowały się na parze) miękkie i puszyste, modra fioleci się i pachnie cebulką, jabłkiem i konfiturą, kaczuszka chrupiąca i aromatyczna, ale… ale to ciągle nie to. Czegoś brakuje. Jakiejś sekretnej ingrediencji. Niskiego, listopadowego nieba. Niedzielnych odgłosów zza okna. Bicia dzwonów kościoła, bicia kotletów schabowych przez sąsiadkę. Złotopolskich w telewizji. W ogóle- telewizji. Polskiej, w telewizorach dumnie wybrzuszonych, stanowiących centralny punkt mieszkania. Tej popołudniowej ciszy prowincjonalnego miasteczka. Zapachu liści. I rozgrzanego wosku zniczy, pękających na wyszorowanych 1-listopadowych mogiłach. Drzemek nad nieodrobionymi lekcjami. Nastoletnich rojeń o przyszłości. Tego przede wszystkim. Potencjalności wydarzeń, mnogości scenariuszy, możliwości, po które – jak się wtedy wydawało- wystarczy tylko sięgnąć. Wolnej od zmartwień głowy. W której kotłowały się myśli nieopierzone, problemy miały się dopiero wykluć, a dorosłość skoczyć do gardła.

*

Dzisiaj gotowe pyzy można kupić w chińskiej cukierni. Są tylko odrobinę słodsze, ale równie dobrze komponują się z kaczką, która- co zastanawiające- cieszy się niemałym powodzeniem również wśród Azjatów. Wędzone truchła wiszą w oknach wystawowych restauracji Chinatown, pieczone w całości, lub kawałkach, podają w słodko- cierpkich sosach i gdyby dobrze poszukać, mogłoby się okazać, że serwują je także z jabłkami i „kluchami na łachu”, a wielkopolska tradycja, którą desperacko próbujemy wskrzesić, wywodzi się z Dalekiego Wschodu i nie ma nic wspólnego z nizinami nad Wartą i Wrześnicą. Ale to nieważne. Tak naprawdę nie o kaczkę tu chodzi, ani nawet o pyzy. Ale o wszystko, co nienazwane. Zapamiętane. Kulinarne reminiscencje to jedynie próba ocalenia. Kawałka przeszłości. W sosie własnym.