ewa_zdjecie na przeniesienie

Ewa Harley: artystka z dyplomem kostiumologa, stylistka wzorów, projektantka. O historii swojej rodziny, korzeniach, zawodowych spełnieniach i bogatym życiu towarzyskim opowiada Weronice Kwiatkowskiej.

Na kolanach u Tuwima
Urodziła się w „Domu bez Kantów” przy Krakowskim Przedmieściu. Jest to gmach położony na rogu ulicy Królewskiej w Warszawie. Właściwa nazwa to Dom Funduszu Kwaterunku Wojskowego. Ojciec był oficerem. Po wejściu Rosjan na ziemie wschodnie został zesłany na Kołymę za próbę przedostania się do Polski. Już jako oficer z polskim wojskiem wrócił do kraju. Moja mama miała dziewiętnaście lat, gdy wybuchła wojna – mówi Eva Harley – została wywieziona do Samarkandy (Uzbekistan). Z ojcem poznali się w wojsku. Mam nawet ich wspólne zdjęcie, na którym oboje są w mundurach. Ojciec, Mieczysław Harley był z wykształcenia prawnikiem, a z zamiłowania koneserem sztuki. Znał biegle osiem języków, był niezwykle oczytany, wrażliwy – wspomina Eva. Od 1948 roku pracował w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Był dyrektorem i sekretarzem generalnym Towarzystwa im. Chopina. Przyjaźnił się z pianistami Rubinsteinem, Małcużyńskim, Harasiewiczem. Wielu znanych pisarzy, poetów, plastyków, muzyków, aktorów odwiedzało nasz dom. To prawda, że siadywałam na kolanach Tuwima, a Jan Brzechwa pisał dla mnie i mojego brata specjalne dedykacje w swoich książkach – opowiada Eva. O tu, proszę, wpis Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – artystka pokazuje pożółkłe strony „Elektrycznych schodów”. Mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. Tata zabierał nas na wernisaże, premiery, spotykaliśmy ciekawych ludzi. Pytam Ewę, czy w takiej atmosferze łatwiej było odnaleźć własne inklinacje artystyczne, czy przeciwnie? Byłam urodzoną artystką. Od dziecka lubiłam rysować – odpowiada – do tego stopnia, że mama wyrzucała kredki i papiery, które tata znosił dla mnie. Wydawało jej się, że to strata czasu i zaśmiecanie mieszkania. Mama chciała, żebym miała konkretny zawód. Najlepiej, żebym została farmaceutką – śmieje się Ewa. A ja nie miałam najmniejszych zdolności do matematyki czy chemii. To była ostatnia rzecz, która by mnie interesowała. Podobnie jak ojciec, uwielbiałam sztukę. Już jako bardzo młoda osoba chodziłam na wystawy, koncerty. Przyjaźniłam się ze znanymi malarzami i plakacistami. Jeden z nich – Rosław Szaybo – obejrzał moje rysunki i zawyrokował: ona musi iść do szkoły plastycznej.

Kostium
A ja nie chciałam do szkoły plastycznej – kontynuuje artystka. Miałam chyba za szerokie horyzonty – śmieje się. Interesowała mnie moda, nie chciałam zawężać swoich zainteresować jedynie do malowania. Szczęśliwie dla mnie, w Warszawie, na ulicy Miodowej, obok Liceum Muzycznego i PWST znajdowało się Państwowe Liceum Technik Teatralnych. Była to jedyna taka szkoła w Europie! Wykładali w niej znani profesorowie z ASP, PWST, Łódzkiej Szkoły Filmowej. Na pierwszym roku studenci uczyli się wszystkiego: scenografii, perukarstwa, charakteryzacji, rysunku a nawet technik meblarskich. Potem mogli wybrać specjalizację, z której robili dyplom. Zafascynowana modą Ewa nie zastanawiała się długo. Kostiumologia była naturalnym wyborem, ale i inne umiejętności zdobyte w tej genialnej szkole bardzo mi się przydały w późniejszej pracy zawodowej.

Stawka większa niż życie
Liceum, do którego pilnie uczęszczała nastoletnia artystka mieściło się tuż obok Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Chodziłam na wszystkie przedstawienia dyplomowe – mówi Ewa. Poznałam profesorów prowadzących zajęcia np. prof. Bardiniego, Kreczmara i studentów, z których wielu miało się dopiero stać sławnymi aktorami – wspomina. Jerzy Zelnik, bracia Damięccy, Jan Englertżeby wymienić kilka nazwisk. Młoda artystka nie tylko uczyła się, ale również pracowała. Kiedyś do szkoły przyszło kilka osób z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, którzy szukali dziewczyn do modelingu. Zwrócili na mnie uwagę i tak to się zaczęło – opowiada Harley. Oglądamy okładkę magazynu „Zwierciadło” z 1968 roku, na której wielkooka Ewa w makijażu „na Kleopatrę” spogląda zamyślona w obiektyw. Wygląda obłędnie. Występowałam też w filmie – śmieje się. Grałam m.in. u Gruzy w „Wojnie domowej” i w „Stawce większej niż życie”- do dzisiaj dostaję tantiemy. Fascynacja światem kina, a przede wszystkim fakt, że wielu przyjaciół, jak chociażby Krzysztof Kieślowski, wyjechało na studia do Łodzi, zadecydował, że Ewa wybrała tamtejszą Wyższą Szkołę Sztuk Pięknych. Studiowałam na wydziale mody – mówi Harley. Rektorem był Zdzisław Głowacki, a dziekanem prof. Kunka. Niestety, wyjechałam z Polski przed samym dyplomem – wspomina. Na fali wydarzeń marcowych.

Polka czy Żydówka?
Do dwunastego roku życia nie wiedziałam, że mamy żydowskie pochodzenie. Rodzice z nami o tym nie rozmawiali. Nie celebrowaliśmy żydowskich tradycji – wspomina Ewa. Kiedy pojechałam na studia do Łodzi to dziwiłam się, dlaczego rodzice niektórych koleżanek mówią z takim dziwnym akcentem. Dla mnie było to równie egzotyczne, co dla osób, które nie miały żydowskiego pochodzenia. Za każdym razem to podkreślam: czułam się i nadal się czuję przede wszystkim Polką. Nigdy nie wypierałam się żydowskiego pochodzenia, ale ono istniało jakby dodatkowo. Dziadkowie, pradziadkowie urodzili się w Polsce – to kim miałabym się czuć? – pyta retorycznie.

Dowiedziawszy się o swoim pochodzeniu Ewa chętnie odwiedzała TSKŻ (Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce). Była to świecka organizacja, która – jak podaje encyklopedia – zajmowała się „zaspokajaniem potrzeb kulturalnych społeczności żydowskiej i jej reprezentowaniem, rozwijaniem twórczości literackiej, artystycznej i naukowej, promowaniem języka jidysz, ochroną dziedzictwa żydowskiego w Polsce oraz pomocą materialną i duchową jego członkom.” W TKSŻ-ecie odbywały się ciekawe spotkania ze znanymi ludźmi: pisarzami, poetami, muzykami – wspomina Ewa. Przychodził Wojtek Młynarski, Jurek Połomski, śpiewała Sława Przybylska. Było to jedno z najciekawszych miejsc w Warszawie.

Marzec ‘68
Nigdy nie chciałam wyjechać z Polski – deklaruje Ewa. Choć przyznaje, że kiedy zaczęła się w Polsce antysemicka nagonka, jak wielu jej przyjaciół, czuła presję. Bezpośrednio nikt mi niczego nie zrobił – opowiada. Raz tylko kolega w szkole dorysował swastykę na moim obrazie, ale zwykle nie mówiono niczego wprost. Nie udzielałam się politycznie, należałam do środowiska artystycznego, które może wydawało się mniej groźne?– zastanawia się artystka. Mój brat był bardziej zaangażowany – kontynuuje. Studiował ekonomię polityczną na Uniwersytecie Warszawskim, udzielał się w tzw. klubie Michnika. Ponieważ świetnie znał francuski, prowadził w radiowej Trójce audycje z muzyką znad Sekwany, tłumaczył teksty Brela, Bécaud – m.in. dla Jonasza Kofty czy Mieczysława Święcickiego. I niestety, został wyrzucony z pracy. Coraz więcej ludzi wyjeżdżało – opowiada Harley – ciągle chodziłam na dworzec, by kogoś pożegnać. W końcu sama wsiadłam do pociągu.

W książce Teresy Torańskiej „Jesteśmy. Rozstania „68”, na 220 stronie, niewielkie, czarno-białe zdjęcie. W drzwiach pociągu śliczna, młoda dziewczyna. Włosy spięte podobnie, jak dzisiaj. I smutny uśmiech. Serce strasznie krwawiło – opowiada – ale bałam się o swojego brata. Był już wtedy w Stanach, martwiłam się, że wyślą go do Wietnamu. On z kolei obawiał się, że zamkną granice i będziemy rozdzieleni na wiele lat, więc dzwonił i błagał, żebym jak najszybciej przyleciała. Ojciec Ewy zmarł nagle, w 1967 roku. Od trzech lat studiowała w Łodzi i przyjaciele byli jej najbliższą rodziną. Opuszczałam świat, który mimo PRL-u, był kolorowy – wspomina, opowiadając o „Bristolu”, gdzie poznała Marka Karewicza, i Janka Stanisławskiego z STS-u. Uwielbiałam jazzowe koncerty organizowane przez Leopolda Tyrmanda, w „Hybrydach” przyjaźniłam się z Friedmanem, Tymem, Koftą, Pietrzakiem. Na dworcu żegnałam nie tylko przyjaciół, ale również swoją młodość.

Ziemia obiecana
Z Wiednia trafiła do Rzymu, a później Nowego Jorku. „Ziemia obiecana” długo wydawała się niechcianą, obcą. Nie podobało mi się – wspomina Harley – moje pierwsze mieszkanie było na Bronxie, dojeżdżałam na Manhattan brudnym metrem, całym zamalowanym graffiti. Wstawałam o szóstej rano, wracałam o jedenastej wieczorem, skonana. Strasznie tęskniłam. Pierwszą pracę dostała w Metropolitan Museum of Art. Szukali ludzi, z wykształceniem artystycznym – opowiada. Akurat przerabiali „membership office”, wszystko wtedy pisało się ręcznie, również zaproszenia, które kaligrafowałam, a potem osobiście zanosiłam do burmistrza miasta, którym był wtedy przystojny John Lindsay – wspomina Ewa. Byli bardzo wyrozumiali, wiedzieli, że chodzę do szkoły, więc pozwalali mi się uczyć w godzinach pracy. Jednak tęsknota za krajem była dojmująca – mówi i pokazuje wiersze, które wtedy pisała. „Tęskno mi, tęsknię i nie wiem/ czego brak mi ciągle bez granic/ chyba miasta, mojego miasta/ kolorowych kamienic starych”. Wiersze znalazł odwiedzający ją malarz Roman Opałka i bez wiedzy zainteresowanej, za pośrednictwem Gogi Chełkowskiej, opublikował w londyńskich „Wiadomościach”. Byłam wtedy zafascynowana Pawlikowską-Jasnorzewską – mówi Ewa. Lubiłam krótkie formy. I rzeczywiście, wiersze są króciutkie, ale bardzo wymowne. Pytam o tego, który „zawsze będzie zmieniał dziewczyny”, ale autorka nie chce zdradzić, kim był mężczyzna, z którym najtrudniej było jej się pożegnać na warszawskim dworcu.

Polska Laura Ashley
Projektantką tkanin i stylistką wzorów stała się niejako przez przypadek. Poznałam filmowca, Amerykanina, którego ciotka była bardzo znaną projektantką materiałów. Kiedy zobaczył moje obrazy – opowiada Harley – powiedział, że mam przygotować portfolio. I zawiózł mnie na rozmowę kwalifikacyjną do Very, która – o czym wtedy nie wiedziałam – była światowej klasy designerką. Tak zaczęła się moja przygoda z projektowaniem. Kilka lat później Eva Harley pracowała w renomowanej firmie Springs, a potem Dan River, robiąc projekty dla takich sław, jak Martha Stuart, Leslie Beck, Alexander Julian, Lilly Pulitzer i innych. Pościele zaprojektowane przez Harley można było kupić w największych amerykańskich domach handlowych: Macy’s, Sears, K Mart, Wall-Mart, J. C. Penny, Target i innych. Porównywano mnie do Laury Ashley – opowiada Ewa – znanej na całym świecie projektantki wzorów kwiatowych, ponieważ to właśnie kwiaty, w szczególności róże, były moim znakiem rozpoznawczym. Przeglądamy katalogi pełne zdjęć eleganckich pościeli i dodatków. Na okładce jednego z nich seria z logo „Eva Harley”. To była linia, którą wypuściłam pod własnym nazwiskiem – mówi Ewa. Pytam, czy ucieszył ją widok swojego nazwiska na nowojorskich półkach? Chyba większą satysfakcję miałam z zarobków – śmieje się. Umówmy się, nikt nie zwraca uwagi na logo, kiedy kupuje pościel. To nie do końca prawda. O talencie Ewy świadczy nie tylko jej imponujące CV i lata doświadczenia, ale również fakt, że świat designu wciąż się o nią dopomina. Rok temu przeszłam na emeryturę – mówi Ewa – ale ciągle dostaję kolejne oferty współpracy. Problem polega na tym, że nie jestem samowystarczalna. Kiedyś malowało się rysunki ręcznie – dzisiaj wszystko robi się przy pomocą komputera. Mój bratanek obiecał, że nauczy mnie obsługi Photoshopa. Jestem gotowa – deklaruje.

*

W tym roku wybieram się do Polski na dwa miesiące – zdradza Ewa. Potem może te pobyty będą coraz dłuższe, ale na pewno nie wrócę na stałe – mówi. Tutaj mam brata i jego amerykańską rodzinę, syna – który mieszka w Los Angeles, ale z którym jesteśmy bardzo blisko, wnuki, rodzinę męża, przyjaciół. Wydaje się, że ludzie, to największy kapitał Ewy Harley. Praca, zawód to bardzo ważne, ale przede wszystkim liczą się rodzina i przyjaciele-mówi artystka. Lubię ciekawe towarzystwo, lubię ludzi. Mam to szczęście, że spotykałam zawsze wybitnie interesujących ludzii, których talent i osobowość mnie inspirowały. Mam nadzieję, że znajdą się i tacy, którzy to samo będą mogli kiedyś powiedzieć o mnie.

Rozmawiała Weronika Kwiatkowska