Do Baltimore wrócił spokój po poniedziałkowych rozruchach. Wybuchły z okazji pogrzebu 25-letniego chłopaka murzyńskiego Freddie Graya, który zmarł 19 kwietnia z powodu uszkodzenia kręgosłupa zapewne przez policję, w tydzień po aresztowaniu z niejasnego powodu.

Trzy tysiące policjantów i gwardzistów narodowych pilnowało przestrzegania godziny policyjnej we wtorek od 10.00 wieczór do 5 rano. Aresztowano tylko 35 osób za przebywanie na ulicach. Następnego dnia, w środę, otwarto szkoły, zostały wznowione imprezy sportowe i kulturalne. Odbyła się też pokojowa demonstracja z żądaniami sprawiedliwości i ukarania sześciu policjantów biorących udział w aresztowaniu Graya.

Poniedziałkowe rozruchy wybuchły po wyjściu uczniów ze szkół średnich w zachodniej części miasta, zamieszkałej głównie przez Afroamerykanów. Młodzi ludzie rabowali i niszczyli sklepy i palili samochody, niszcząc własne środowisko w bezmyślnym wybuchu agresji. Aresztowano prawie 300 osób. Matka Graya powiedziała w poniedziałek, gdy płonęły ulice, „Chcę żebyście uzyskali sprawiedliwość dla mojego syna, ale nie róbcie tego w ten sposób. Nie niszczcie miasta.”

Podobne rozruchy miały miejsce w tej samej dzielnicy Baltimore w 1968 roku, po zabójstwie Martina Luthera Kinga. Do tego czasu miasto straciło jedną trzecią mieszkańców. Do dzisiaj stoją ruiny domów i puste place, jako ślady ślepej agresji sprzed pół wieku. Jednak obecnie Baltimore jest inne; to nie jest miasto, gdzie Murzyni są prześladowani. Dwie trzecie mieszkańców to Afro-Amerykanie. Burmistrz Stephanie Rawlings-Blake jest czarną demokratką, w wyborach cztery lata temu zdobyła 87 proc. głosów. Komisarz policji jest czarny, podobnie jak większość policjantów. Czemu więc policja ma napięte stosunki z częścią czarnych mieszkańców?

Baltimore należy do najbardziej niebezpiecznych miast amerykańskich. Dwa lata temu miało poziom morderstw 37 na 100 000 mieszkańców, więcej niż w osławionej Afryce Południowej. Jednego tygodnia w czerwcu owego roku doszło do 10 morderstw i 28 strzelanin, w mieście liczącym nieco ponad 600 tysięcy mieszkańców. Tak, zdarza się, że czarni młodzi mężczyźni giną z rąk policjantów, ale głównie mordują się między sobą. Wielu młodych Afroamerykanów nienawidzi policji za to, że ich rewiduje na ulicach, zatrzymuje samochody, wymierza mandaty, traktując jak przestępców, a nie współobywateli. No cóż, nie bez racji. Na przykład Murzyni z klasy średniej uważają, że policja za mało dba o bezpieczeństwo w mieście.

Problem z pilnowaniem porządku wśród czarnych Amerykanów nie polega na tym, że policja jest za bardzo aktywna, ale na tym, że za mało się stara. Autorka książki „Ghettoside” Jill Leovy dowodzi, że przez większość XX wieku policja skupiała się na ochronie białych i ich własności przed czarnymi, ale ignorowała przemoc w czarnych gettach. Twierdzi ona, że dlatego jest tak niebezpiecznie w tych dzielnicach. Kiedy przestępcy unikają kary, stają się rozzuchwaleni. Każdy akt przemocy wywołuje chęć zemsty i powstaje błędne koło wymiany ciosów nożem i strzałów z broni palnej. Niestety, „donoszenie” na przestępców uważa się za rzecz haniebną, policjantom trudno więc znaleźć świadków i dowody zbrodni.

Sytuację pogarsza koncentracja biedy, brak perspektyw, bardzo złe szkoły i rozbite rodziny. Powszechną plagą wśród czarnej młodzieży są wagary i ciąże nieletnich. Narodową bohaterką rozruchów w Baltimore stała się matka, która zauważyła swojego syna w tłumie bandytów na ulicy, podbiegła do niego i biciem po twarzy oraz krzykiem wyciagnęła z tłumu. „Matka roku” mówią o niej zachwycone media. I rzeczywiście! W wywiadzie dla TV owa kobieta powiedziała, że to jest jej jedyny syn i nie chce go stracić. Poza nim ma pięć córek, i jest samotną matką. No cóż, to jednak osiągnięcie systemu opieki społecznej, aby można było sobie pozwolić bez męża na sześcioro dzieci. Problemy biednych Murzynów zaczynają się w domu a są skutkiem błędnej polityki, która uzależnia ich od zasiłków. Policjanci nie zastąpią dobrego przykładu i wychowania przez ojca w domu, a tylko mogą pilnować porządku brutalnością nadrabiając bezsilność wobec problemu rozpadu rozdzin.
Dziesięć lat temu ówczesny burmistrz Baltimore wprowadził politykę „zero tolerancji” każąc policjantom zatrzymywać na ulicy i przeszukiwać młodych ludzi podejrzewanych o narkotyki lub posiadanie broni. W owym roku policja dokonała 100 tysięcy aresztów, w mieście liczącym tylko sześć razy więcej mieszkańców. I wywołała furię czarnych obywateli. Po kilku latach trzeba było z niej zrezygnować – ale pozostał rozłam i nieufność między młodymi Murzynami a policjantami, także w większości czarnymi.

Przemoc i inne przestępstwa można skutecznie zwalczać tylko wtedy, kiedy wiadomo, kto się ich dopuszcza. A to wymaga dobrych stosunków i zaufania między mieszkańcami i policjantami. Potrzeba na to dużo czasu, pieniędzy a także zręczności. Jednak policja nie daje się reformować łatwo. Politykom wygodniej więc wyprowadzić na ulice tłumy umundurowanych stróżów prawa, aby przekonać wyborców, że próbują jakoś zwalczać przestępczość, twierdzi The Economist po rozruchach w Baltimore.