DSC_0000

Do latarni prowadzi drewniana promenada. Nie wolno zbaczać z wytyczonej ścieżki. Zapuszczać w gąszcz skarlałych drzew i wysuszonych krzewów, które w obnażającym słońcu wczesnego popołudnia, wyglądają cokolwiek kuriozalnie. Co innego o zmierzchu. Co innego nocą. Nóż w wodzie. Bagna. Obłąkany latarnik. I dziewczyna. On ją goni. Ona ucieka. Przedziera się przez zarośla. Zostawia ślady. Kawałek materiału zahacza o kolce i suche konary. Strużka krwi na kamiennych schodach. Można to sobie wyobrazić. Albo odtworzyć. Jeden z tysiąca scenariuszy. Zacinający deszcz. Zagubiony wędrowiec. Wyspa i psychopata nadający z wieży. Komunikat do potencjalnej ofiary. Którą zwabia. Przywołuje światłem. Karmi i odziewa. A potem goni z siekierą po pustych przestrzeniach. Podmokłych lasach i trzęsawiskach. Bo akcja zawsze dzieje się po sezonie. Wtedy wesołe nadmorskie miasteczka przepoczwarzają się w potencjalne miejsca zbrodni. Stają się posępne. Stają się groźne. Film, którego akcja rozpoczyna się w domku letniskowym jesienią nie może skończyć się happy endem. Prędzej masakrą piłą mechaniczną. Brutalnym gwałtem. Psychozą.


To nam nie grozi. Nie tutaj. Nie teraz. Nie w pełnym słońcu. I nie w niedzielę. O tej porze roku i dnia jest tłoczno. Ludzie na deptaku. W sklepie z pamiątkami. W kolejce do wieży. Po widok. Po doznanie. Które można zabrać ze sobą. W postaci zdjęć i certyfikatu, który uprzejma pani wręcza przy wyjściu. Jeśli ktoś nie ma udokumentowanych żadnych osiągnięć życiowych, może się wybrać do Fire Island Lighthouse. Dostanie zaświadczenie, że pokonał 182 stopnie. I przeżył. Jest pieczątka i podpis. Można oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem. Albo schować głęboko i znaleźć po czterdziestu latach. I przypomnieć sobie tę majową niedzielę. I że kiedyś byliśmy młodzi. Sprawni i szczęśliwi. Nieświadomi czekających zagrożeń. Dramatów wyhynających zza rogu. Tego splotu nieprzewidzianych komplikacji, które nazywamy potocznie życiem.


Tymczasem podziwiamy. Wyspę i ocean. Rude kawałki ziemi, trochę zielonego. I wielki błękit. „Powietrze ogromne i obojętne”*- jak pisał klasyk, który w latach sześćdziesiątych stał na tej samej wieży. I zaglądał nicości w oczy. A potem strzelił sobie w łeb. Zostawiając potomnym słowa, które – gdyby użyć wyświechtanego porównania w stylistyce marynistycznej – są jak latarnia, wskazują drogę. Marna to pociecha, kiedyśmy zanurzeni w mrokach niezrozumienia, otchłani niewiedzy. Potrafiąc dostrzec jedynie wątłe światełko, gdzieś za mgłą, na dalekim horyzoncie. A czasem tylko (prze)błyski. Ale może warto próbować? I zanim pochłonie nas ciemność pocieszyć się świadomością, że płynęliśmy we właściwym kierunku?
*
Myślę po cichu, bo na głos mówię o zdrowym odżywianiu. Zbliża się pora demaskowania niedoskonałości i kobiety wpadają w popłoch. Zamiast delektować się słońcem i koszem pełnym jedzenia, rozpuszczać włosy na wiatr i rozpinać guziki spodni, rozmawiamy o dietach. Odkąd przestałam jeść zaczęłam o jedzeniu mówić. A raczej odpowiadać na pytania – jak się pomniejszyć. Uszczuplić. Odjąć. Przykroić do obowiązującego wzorca. Upchnąć w foremkę. Nikt nie wierzy, że przemiana dokonała się bezwolnie. Że ociosywanie zewnętrznej powłoki by zadośćuczynić oczekiwaniom innych nigdy nie było moim celem. Żadnej w tym zasługi, ani powodu do dumy. Efekt uboczny działań zbuntowanego organizmu. Nic więcej. Dlaczego to sobie robimy? My, kobiety. Ciągle oceniamy i porównujemy. Ciało. Ciało. Ciało. Niektóre noszą swoją szczupłość, jak sztandar. Brak zmarszczek i nadprogramowych kilogramów uważając za największe osiągnięcie życiowe. Szkoda, że nie dają dyplomów i pieczątek. Skoro istnieją szkoły odchudzania, uniwersytety zrzucania wagi, może powinni wystawiać świadectwa ukończenia kursu liczenia kalorii i ustalania prawidłowego wskaźnika masy ciała? Niektóre “kobiety pistolety” z piosenki Marii Peszek mogłyby się habilitować. Z wiedzy o ilości cukru w jogurcie i glutenu w chlebie. Zużywając całą energię na uprawianie ogródka, zapominają, że nie samym ciałem człowiek żyje. I duchowej pustce wyzierającej z każdego poru idealnej skóry, nie da się zaprzeczyć szklanką soku ze świeżo wyciśniętego buraka. Owszem, ubóstwa intelektualnego nie widać na pierwszy rzut oka, a niektórym mężczyznom nie pomogłyby nawet okulary, by dostrzec, że obcują z wydmuszką. Ale to nie znaczy, że musimy się katować. Rozmową o słodzikach. I wykłócaniem z wewnętrznym krytykiem. Lepiej popatrzeć na przestwór oceanu. W zieloności brodzić. Być.
*
Na brzegu dziecko – samotne i poważne – rysuje koła na piasku. Jest najwyraźniej zaskoczone kołem jako możliwością. Jakby coś odkryło. […]

Koło, pełne życie, krzywa linia powracająca do swego początku, której każdy punkt znajduje się w tej samej odległości od punktu środkowego.

Koło jako życie, którego środkiem jest śmierć.**

 
*, ** Sándor Márai

 

[email protected]

www.facebook.com/ridgewoodteka