Pierwszą osobą, na którą natknąłem się na ulicy w Warszawie był… Adam Michnik. Na rogu Koszykowej i Alei Przyjaciół weszliśmy na siebie. Dzień dobry, dzień dobry. I nic więcej. Nie wiem, czy mnie rozpoznał po dwudziestu latach od ostatniej rozmowy. Jeszcze w „Nowym Dzienniku”. Pytań mam doń sporo, ale obaj byliśmy w locie. Zawsze jest w swej publicystyce żarliwy, ale czy uczciwy? Trochę go rozumiem, ale głównie nie rozumiem. Zwłaszcza w kwestii bratania się z komuchami i postkomuchami oraz niechęci do Polaków zwalczających komunizm. Instynktownie czuję, że Michnik ich programowo nie znosi. Tak jak nie znosi wszystkiego, co wynika z idei narodowej i katolickiej. Ale to nie jest tak, że on nigdy, przenigdy nie ma racji.

*

W Polsce nie mam na nic czasu. Dosłownie na nic. Spotkania, załatwiania, teatry, kina, wystawy, księgarnie, przyjęcia, przyjątka, wódki i wódeczki, wina i winka, piwa i piwka, cmentarze i cmentarzyki, wypady tu i tam, zaproszenia jedno po drugim i obserwacje, obserwacje, obserwacje. Czas galopuje, ledwo dycham. Ale nasączam się wszystkim bez reszty i później to w sobie przetrawiam, przetrawiam, przetrawiam. Nic ze mnie nie wyparowuje, zatem pęcznieję jak balon, marząc o chwilach, w których nic się nie dzieje. A one nie nadchodzą.

*

Wieczorami polskie miasta są dość ciemne, jeśli nie liczyć podświetlonych zabytków. Czyżby inne natężenie prądu? W stolicy, poza Śródmieściem, niewielu ludzi jest wieczorem na ulicach. Zapewne oglądają telewizję lub biesiadują w domach. Powietrze jest tak brudne, że myję ręce i twarz przy każdej sposobności. Nigdy nie są czyste.

*

Przed świętami wielkanocnymi nie było w Warszawie żadnego szału zakupów. Wszystko można było dostać bez problemu. Obsługa bardzo miła, nierzadko dowcipna. Nie ma pośpiechu w sklepach, urzędach i życiu miejskim. Komunikacja chodzi punktualnie, zgodnie z rozkładem jazdy wiszącym na przystankach. Metra nie sposób przechwalić. Chodzi idealnie. Przestronne, jasne, czyste. W wagonach można przeczytać na monitorach najnowsze wiadomości z Polski, świata i miasta. Na peronach i podłogach nie widziałem ani jednego śmiecia. Stacje ładne i wygodne. Toalety czyste. Wszędzie są windy dla niepełnosprawnych. Moja stacja „Stare Bielany” jest wręcz dziełem sztuki. Wszystkich zachwyca plafon na stacji Plac Wilsona.

*

W stolicy jest tyle ciekawych ofert kulturalnych, że ustawicznie miewam kłopot w wyborem, bo tego samego dnia dzieje się jednocześnie kilka interesujących mnie rzeczy. Bywa, że przez dłuższy czas nie mogę się zdecydować, na co iść, bo i to pachnie, i tamto nęci. Najwięcej rozczarowań doznaję na przedstawieniach reżyserów zaliczanych do młodszych zdolniejszych i najmłodszych najzdolniejszych. Są tak infantylne, że wręcz nie sposób się nie złościć. Liczy się efekciarstwo i prowokacja. Pycha owych „zdolnych” i „najzdolniejszych” jest tak wielka, że aż irytująca. Do Gombrowicza dopisują idiotyczne piosenki, zmieniają płeć postaci, wykreślają niektórych bohaterów, przeinaczają znaczenie. I gdybyż z tych zabiegów powstawał spektakl będący ekwiwalentem myślowym dramatu byłoby pół biedy, ale zazwyczaj powstają przedstawienia obnażające tyleż niewiedzę, co pustkę wewnętrzną tychże reżyserów. Byleby zaszokować, byleby wstrzelić się w modę, byleby się podobać młodzieży. „Iwona księżniczka Burgunda” wystawiona przez Agatę Dudę-Gracz w łódzkim Teatrze im. St. Jaracza jest najlepszym tego przykładem, podobnie jak i I, II i IV część „Dziadów” przygotowana przez Michała Zadarę w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Oba spektakle oglądałem w ramach 35. Warszawskich Spotkań Teatralnych. Oba podobały się młodym widzom, którzy tłumnie siedzieli na podłodze i schodach. Podobały się także tym recenzentom, którzy zgadzają się na spłaszczanie, wulgaryzowanie i równanie w dół, byleby tylko owi młodzi widzowie byli zadowoleni.

*

Wspomniany Zadara wystawił „Dziady” bez skreśleń. Po raz pierwszy zobaczyłem, a raczej usłyszałem, iż są one poetycko przegadane. IV część ciągnęła się w nieskończoność. Werteryzm Gustawa, granego skądinąd interesująco przez Bartosza Porczyka, stawał się już nie do zniesienia. Ale tym razem to za sprawą Mickiewicza a nie reżysera i aktorów. Pierwszy raz usłyszałem ze sceny, jak bardzo te części „Dziadów” są zależne od Goethego i Schillera.

*

W ramach tychże Spotkań Teatr Polski z Wrocławia przywiózł również „Wycinkę” w inscenizacji Krystiana Lupy według sztuki Thomasa Bernharda. I w tym przypadku można mówić o straszliwym wręcz przegadaniu. Można też mówić i o mieliznach literackich. Po raz kolejny okazało się, że Teatr Lupy jest dużo ciekawszy od wielbionego przez niego Bernharda. Można mówić o niebywałym wręcz triumfie sztuki teatru nad literaturą. No, ale Lupa to Lupa, jego uczniom to się z reguły nie udaje.

*

W drugi dzień świąt wielkanocnych odbyło się uroczyste otwarcie instalacji „Krzesło dla Kantora. Hommage na setne urodziny”. Gigantyczna, siedmiometrowa instalacja stanęła na placu Defilad na trawniku przed Teatrem Dramatycznym. Jej celem jest oddanie hołdu jednemu z najwybitniejszych artystów teatru XX wieku – scenografowi, reżyserowi, poecie i aktorowi, ale również malarzowi, performerowi i autorowi happeningów. Dzień otwarcia nie był przypadkowy, albowiem była to setna rocznica urodzin artysty. Rok 2015 został ogłoszony przez UNESCO Rokiem Tadeusza Kantora. W ramach popularyzacji wiedzy o Kantorze i jego twórczości odbywa się seria wydarzeń na całym świecie. Jego teatr bardzo mnie poruszał. „Umarła klasa”, „Gdzie są niegdysiejsze śniegi?”, „Wielopole, Wielopole”, „Niech sczezną artyści”, „Nigdy tu już nie powrócę”, „Dziś są moje urodziny” żyją we mnie do dziś. Pisałem o nim kilka razy.

W TV Kultura obejrzałem ponownie „Wielopole, Wielopole”. Przejęło mnie jak przed laty. Zaiste wielkie dzieło.

*

Szarzeją moje warszawskie książki, szarzeją. Od samego stania i czekania szarzeją. Najmniej od czytania. Patrzą na mnie z tak nieprawdopodobnym wyrzutem, że serce mi się kraje. Ale cóż robić, książki w Nowym Jorku też nie lubią, kiedy je opuszczam i też powoli szarzeją. Bywa także, iż wyginają się od wilgotnego powietrza. Zwłaszcza latem.

*

Na przyjęciu u prof. Z. S. spotykam kwiat niedawnej warszawskiej medycyny, nie wyłączając anatomów. Rzecz jasna pytam, czy widzieli duszę. Okazuje się, że nikt nie widział. Prof. S. zaznaczyła jednak, że człowiek zaraz po śmierci jest lżejszy o 5 gramów. Zatem można domniemywać, że tyle właśnie waży jego dusza. O ile istnieje, rzecz jasna. Chciałbym, żeby istniała.