Pobyt w Zakopanem trzeba było zacząć od odśnieżania. Inaczej nie można było wjechać na posesję domu Danuty i Marka Latoszków, w którym odbyło się spotkanie części naszej klasy, sławetnej XI C z otwockiej Gałczyny. Maszyna do odśnieżania poszła w ruch, łopaty także i po dwóch godzinach wjazd był przejezdny. Koleżanki zabrały się w tym czasie za robienie kolacji, ja za otwieranie butelek. Dom jest przygotowany do przyjmowania sporej ilości gości, zatem z niczym nie było problemu. Podziwiałem talent organizacyjny Marka, który tak nas rozlokował i tak nami kierował, że wszystko toczyło się niesłychanie sprawnie. Każdy coś ze sobą przywiózł, nie wyłączając własnych potraw, wypieków i nalewek, zatem codziennie stół był zastawiony wspaniałościami.

Z inicjatywy Jadzi Czarnowskiej zostałem obdarowany książkami i pamiątkami związanymi z historią Otwocka. Szczególnie miły mojemu sercu i oku okazał się album „Wille otwockie w rysunkach Leszka Korczaka”. Są w nim wizerunki drewnianych świdermajerów, wśród których się wychowałem. Niestety większość z nich już nie istnieje. Bardzo lubię drewniane budowle, nie tylko polskie, zatem prezent jest strzałem w dziesiątkę. Drugim cennym podarunkiem od koleżanek i kolegów jest książka „Miejsca pamięci narodowej Otwocka i okolic” autorstwa Pawła Ajdackiego i Zbigniewa Wilińskiego. Przeszłością Otwocka, Świdra i Józefowa zacząłem się interesować intensywniej dopiero po zjeździe okazji 40. lecia matury. Przedtem byłem pochłonięty głównie Warszawą i Nowym Jorkiem. Teraz wypytuję o szczegóły Hanię Szymańską, naszą prymuskę, potem chemiczkę, a dziś specjalistkę od dziejów Otwocka, związaną z tym miastem więzami rodzinnymi. Ona najlepiej pamięta dzieje naszej klasy i zna dalsze losy jej uczniów. Z Hanią zawsze dobrze mi się rozmawiało, bo odznaczała się nieprzeciętną inteligencją i rozległą wiedzą w wielu dziedzinach. Wszyscy ją lubiliśmy, a niektórzy koledzy się w niej podkochiwali, czemu trudno się było dziwić, bo była bardzo ładna, smukła i miała wdzięk. Była przy tym bardzo koleżeńska.

Urody i wdzięku nie brakowało także Małgosi Minakowskiej, mojej pierwszej poważnej miłości, z którą los mnie związał później na siedem lat. Ona również była bardzo koleżeńska i żyła sprawami klasy. Lubiła zespołowe śpiewy, gry i zabawy. W przeciwieństwie do mnie, dobrze czuła się w zbiorowości. Świetne recytowała i miała zdolności komiczne. Była wśród nas jedną z najprzyjemniejszych i najweselszych dziewcząt, niebywale przyjaźnie usposobioną do wszystkich. I taką została do dziś, mimo że życie jej nie rozpieszczało. Dzisiaj nasza dawna bliskość unosi się nad nami i między nami, jakbyśmy się nigdy nie rozstawali. Trudno się dziwić, skoro razem dorastaliśmy i razem weszliśmy w dorosłość. Z naszych wspólnych przeżyć można by ułożyć całkiem grubą księgę. Truizmem byłoby spostrzeżenie, iż takąż księgę można by także ułożyć z losów każdego dawnego ucznia z naszej klasy. Msza za zmarłych nauczycieli i kolegów przeniosła nas w przeszłość. W przeszłość zanurzaliśmy się również podczas wspomnień. Dużo jej było, prawie tyle co teraźniejszości. Młodnieliśmy.

W Zakopanem, a także podczas podgórskich wycieczek, dobrze mi się rozmawia z Basią Kabat, Betą Gryc i Hanią Kornacką. Za Basią biegał Jacek Komar, do Bety wzdychał Seweryn Kaczkowski, mnie z kolei się podobała Hania. Wszystkie trzy były jednymi z najładniejszych dziewcząt w liceum. Wypytuję teraz szczegółowo o ich pomaturalne losy, bo nie wszystko zapamiętałem podczas poprzednich spotkań. Siłą rzeczy pojawiają się tematy zawodowe, małżeńskie i rodzicielskie. Basia wspomina m.in. swoje dawne przeboje z macochą, Beta opowiada o działce, którą uprawia wraz z mężem. Pojawia się miły temat nalewek na owocach i owockach. Z Hanią Kornacką, jak przed laty, tak i teraz, wymieniamy się uwagami o książkach. W liceum szliśmy o lepsze w ich czytaniu. Fama głosiła, że Hania na nich śpi. Zapewne z miłości do książek przepracowała wiele lat w otwockiej bibliotece. Wciąż jest na bieżąco z nowościami wydawniczymi.

Obie nasze Jadwigi – Czarnowska i Gruszewska trzymają się razem. Pierwsza cierpi na chorobę serca, mimo to, jak dawniej, pełna jest różnych pomysłów i podejmuje coraz to nowe pożyteczne inicjatywy. Druga dopiero co owdowiała, promienieje jednak energią, optymizmem i serdecznością. W tymże Zakopanem taż Jadzia Gruszewska na sylwestrowym balu na przełomie 1966 i 1967 roku podbiła urodą i seksownymi sposobem tańczenia niemal wszystkich mężczyzn goszczących w tamtejszym Domu Turysty. Co chwila ktoś ją prosił do tańca. Nie siedziała z nami przy stoliku nawet przez moment.

Z Markiem Chadą wspominamy Seweryna Kaczkowskiego, mojego nieżyjącego już przyjaciela z Józefowa. On także blisko z nim przestawał, zatem uzupełniamy sobie nawzajem wiadomości o nim i jego rodzinie. Marek, choć jest już dziadkiem, pozostał młodzieńczy i elegancki. Zna się na dobrych wódkach i ma mocną głowę, tedy mam w nim partnera. Obaj nie możemy mówić spokojnie o Powstaniu Warszawskim i pewnych aspektach najnowszej historii.

Józio Mikucki, mąż Danusi Popiel, tak już wrósł w naszą klasę, że zapominamy, że chodził do innej. Z Danuśką wychowali dwie córki, walcząc jednocześnie z wyniszczającymi chorobami. Razem dzielnie pokonują różne przeszkody. Podobnie rzecz się ma z Jankiem Petrykiem, mężem Hani Szymańskiej, który maturę zdał był w Zamościu a potem studiował chemię na Politechnice Warszawskiej i do dziś współpracuje z tą uczelnią jako pracownik naukowy. Polubiłem jego humor z cicha pęk, celnie punktujący dyskusję lub sytuację.

Józiowi wyprawiamy imieniny. Wręczamy mu obraz przedstawiający kościółek wiejski pędzla podzakopiańskiego malarza z Ukrainy – Siergieja Alchowskiego i śpiewamy „Sto lat”. Prezent jest trafiony, albowiem Józio wraz z Danusią są osobami głęboko wierzącymi, co mnie wzrusza, jak przystało na prawdziwego wolnomyśliciela. Toast goni toast, wspomnienie wspomnienie, refleksja refleksję, dowcip dowcip. Jest rodzinnie i tak przyjemnie, że nie chce się kończyć kolejnych wspólnych dni, ciągnących się kawał w noc. Spoglądam na Marka Latoszka, czy nie jest zmęczony. Ale gdzie tam! Wydaje się wręcz szczęśliwy, że nas gości. Już po raz kolejny. To on właśnie planuje kolejne klasowe spotkania i wycieczki. To on rezerwuje bilety do Teatru Witkacego. Tym razem na „Panopticum” wedle wierszy Tuwima i nieznanych poetów. To on mnie tu przywiózł i dba o mnie jak o brata. To on jest zwornikiem dużej części naszej klasy. Co tu dużo mówić – nadzwyczajnej, jak mówią wszyscy. I nie mylą się. To była i jest nadzwyczajna klasa! Dużo by pisać…