Lola Montes

Lola Montes

Wypada zapytać na wstępie, kim była naprawdę Lola Montez. Królewską metresą? Ognistą Hiszpanką? Enigmatyczna odpowiedź na te pytania brzmi zarówno tak, jak i nie. Któż by jednak pomyślał, iż historyjka o Montez znajdzie się również w nowojorskich kronikach.

Lola objawiła się oczom zachwyconych panów w 1851 r. w jednym z największych teatrów na Broadwayu. Nieistniejący dziś teatr “Rialto” był wypełniony publicznością do ostatniego miejsca, łącznie z widzami stojącymi na galerii. I nic dziwnego, skoro występy pięknej Loli poprzedziła wielka fama. Miała ona wówczas 33 lata, ognisty temperament i doskonałą figurę. Posiadając filigranową sylwetkę, przypominała raczej Afrodytę niż Wenus z Milo. A poza tym tańczyła z wielkim wdziękiem.

Delikatne rysy porcelanowej laleczki podkreślała prześliczna i lekko kremowa cera. Wielkie lazurowe oczy w ciemnej oprawie, pięknie zarysowane brwi i krucze włosy dopełniały uroczego obrazka, którego nie powstydziłby się nawet najlepszy artysta. Ach te nóżki! Ach ten gors”! – wzdychali na ów kuszący widok mężczyźni w różnym wieku.

Początki kariery Loli toną w mrokach. Zabarwiała je później wymyślona przez nią legenda. Niczym Afrodyta wyłaniająca się z piany, pięknie wyrzeźbiona figurynka pojawiła się nagle w zespole baletowym paryskiej Opery. Pewnego dnia na deskach tej sceny ujrzał ją krół Bawarii, a jednocześnie dojrzały mężczyzna, znajdujący się w niebezpiecznym wieku. Nic dziwnego, iż Ludwig I zakochał się w Loli od pierwszego wejrzenia. Adorując ponętną dziewczynę, obsypał ją brylantami i pospiesznie wywiózł do własnego kraju.

Nie tylko młoda, ale i bardzo inteligentna metresa uzyskała przemożny wpływy na starzejącego się władcę. Król nie tylko ją wyniósł do godności hrabiny Lansfeld, ale i spędzał z nią każdą wolną chwilę. Zasięgał także jej rady w sprawach państwowych. Gdybyż ją chociaż trzymał w ukryciu! – wzdychali ministrowie i urzędnicy. Ostentacyjny związek budził ciągłe zgorszenie na dworze, zaś rodzina królewska nie posiadała się z oburzenia. Jawny skandał zataczał coraz szersze kręgi – i niezależnie od podejmowanych usiłowań – nie udało się go ukryć przed poddanymi.

Nieustające prośby i naciski nie dawały żadnego reultatu. Zauroczony krół nie reagował też na groźby, toteż rodzina uciekła się do ostatecznego środka. Publicznie ogłoszono go szalonym, zmuszając do abdykacji. Niepocieszony po utracie kochanki, Ludwig uciekł w krainę fantazji. Zgromadził przez całe lata największą na świecie kolekcję domów dla lalek, z pełnym wyposażeniem. Objechała ona nieomalże całą Europę we współczesnych czasach, budząc zachwyt nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Kilkanaście lat temu zawitała do Nowego Jorku. Przeciekawą wystawę zorganizowało wówczas muzeum na Brooklynie.

Wracając do przerwanego wątku, po Ludwigu objął władzę jego najstarszy syn, który uznał hrabinę za persona non grata. Nie zważając na protesty zdetronizowanego ojca, odebrał jej również tytuł i związane z nim włości. Kazał odstawić Lolę Montez do granicy, pozwalając jej łaskawie na zabranie osobistych rzeczy. Nawiasem mówiąc, składało się nie kilkanaście ogromnych kufrów, na co przymknięto oczy dla świętego spokoju. Zabroniono jej też raz na zawsze powrotu do Bawarii.
Lola zniknęła na pewien czas z horyzontu, aby wypłynąć na powierzchnię przy okazji nowego skandalu.

W Londynie ożenił się z nią młody i bardzo bogaty Anglik, służący honorowo w królewskiej gwardii. Wieść o głośnym mezaliansie dotarła do Indii, gdzie znajdował się pierwszy i zapomniany mąż Loli. Dotknięty do żywego wrócił do ojczyzny, oskarżając wiarołomną kobietę o popełnienie poliandrii. Zanim jednak sprawa znalazła się w sądzie, zmarł nagle na tropikalną chorobę. Lola niedługo cieszyła się swoim gwardzistą. Ulegając śmiertelnemu wypadkowi, zostawił on kochankę bez żadnego zabezpieczenia. Jak łatwo odgadnąć, odkrycie poprzedniego małżeństwa unieważniło ów związek. Nie pozostało więc nic innego jak powrót na scenę, tym bardziej, iż amerykański impresario, szukający talentów, zaofiarował jej angaż na olśniewających warunkach.

Zorganizowana przezeń kampania reklamowa doszła do zenitu, toteż oczekiwanie na “La Montez” osiągnęło stan białej gorączki. – Lola has come – krzyczały nagłówki wszystkich gazet w momencie przybicia statku do nowojorskiego wybrzeża. Na osławioną uwodzicielkę czekał wiwatujący tłum. Podczas jej występów widownia była wypełniona do ostatniego miejsca, niezależnie od bardzo drogich biletów. Na sali znajdowali się li tylko i wyłącznie mężczyźni. Damska publiczność bojkotowała Lolę Montez. Podczas gdy panie z towarzystwa potępiały ją za niemoralność, to kobiety lekkiego prowadzenia widziały w niej groźną rywalkę.

Tymczasem lekkomyślna Lola wcale nie była pozbawiona dobrych cech, jeśli wybaczyć jej nadmierne upodobanie do mężczyzn i brylantów. Jej postępowanie nie zdradzało przebiegłości, wyrachowania, czy też braku uczuć. Z drugiej strony, jest rzeczą zrozumiałą, iż jako pożeraczka męskich serc nie mogła budzić sympatii kobiet z żadnej sfery.

Po kilkumiesięcznych występach, Lola wyjechała na długie tournee po Stanach Zjednoczonych. Tylko od czasu do docierały o niej skandaliczne wieści. “Płomień Hiszpanii” natchnął jakiegoś gryzipiórka do napisania sztuki pt. “Lola Montez w Bawarii”. Pewien sukcesu impresario postanowił wystawić ją na Broadwayu. Lekkostopa i pełna wdzięku tancerka nie miała jednak za grosz talentu aktorskiego, toteż melodramat zszedł szybko z afisza. Został on przeniesiony do Bowery, zamieszkiwanego przez Irlandczyków, którzy przyjęli ją z wielkim entuzjazmem. Impresario odbił sobie z nawiązką wszystkie koszty i straty, zaś niestrudzona Lola udała się w dalszy objazd.

Podbijając Amerykanów swoim tańcem na Południu i Zachodnim Wybrzeżu, Montez powróciła na dobre do Nowego Jorku w 1858 r., osiedlając się przy Wschodniej 17 Ulicy, która była wówczas dobrym miejscem zamieszkania. Piękna Lola wystąpiła już w zupełnie w nowej roli, dając prelekcje o zachowaniu zdrowia, urody i miłości. Ubrana w ciemny, nieomalże kwakierski strój, Montez zdobyła sobie wreszcie sympatię kobiet. Zachorowawszy na raka, stała się bardzo gorliwą chrześcijanką. Uzyskała wtedy nie tylko przebaczenie od Pana Boga w konfesjonale, ale także i od płci słabej, o co przecież jest znacznie trudniej.

Zmarła w 1863 r., dożywszy zaledwie 45 lat. Została pochowana na historycznym cmentarzu Greenwood. Dopiero wówczas wyszło na jaw jej prawdziwe imię i nazwisko, a mianowicie Eliza Gilbert, urodzona w Anglii. Wypada w tym miejscu zakrzyknąć – Jakaż to jednak moc tkwi w imieniu! Jako Eliza wiodłaby zapewne życie przykładnej żony i matki. Jako egzotyczna Lola Montez przeszła do historii, wprawdzie pisanej z małej litery, ale zawsze.