z01postac5Rozmowa z Tadeuszem Wozniakiem, Człowiekiem Roku 2015, Pulaski Association of Business and Professional Men, współwłaścicielem firmy A & W Tax Svc Assoc LTD.

– Jak pan przyjął wybór na Człowieka Roku?
– Nie spodziewałem się, że mnie wybiorą. Byłem bardzo zaskoczony, ale cieszę się i jest to dla mnie duży zaszczyt. W ogóle to nie umiem za bardzo o sobie mówić. Raczej jestem przyzwyczajony, żeby porad udzielać innym.

– Długo pan należy do Pulaski Association?
– O tak. Od 25 lat. Jestem jednym z najstarszych członków w Pulaski Association. Aktualnie jest może dwóch, czy trzech członków starszych ode mnie, nie wiekiem tylko stażem.

– Urodził się pan w Stanach Zjednoczonych, czy w Polsce?
Urodziłem się w Ameryce, w 1959 roku. Moi rodzice przyjechali do Nowego Jorku niedługo po II wojnie światowej, w 1950, czy 51 roku. Mieszkali na Lower East Side, na Manhattanie i ja się tam urodziłem. Później, w latach 60-tych, przenieśliśmy się na Greenpoint. Mama żyje, w tym roku skończyła 90 lat. Tata zmarł dziewięć lat temu.

– Co rodzice robili po przyjeździe? Jaką mieli pracę?
Oboje ciężko pracowali. Tata na budowie, mama była kelnerką, przez ponad 25 lat. Pracowała na Manhattanie, a tata w różnych miejscach.

– A pan jak zaczynał w biznesie? Jak pan założył swoją firmę?
– Skończyłem collage z tytułem Bachelor of Science i pracowałem jako CPA (Certified Public Accountant) na Manhattanie. Tam poznałem mojego późniejszego wspólnika, który pracował w tym samym miejscu co ja. Miałem też kiedyś inną firmę, a ta obecna powstała w dużej mierze dlatego, że wiele osób zwracało się do mnie z pytaniami o różne sprawy podatkowe i o pomoc przy rozliczeniach. W końcu w 2007 roku otworzyliśmy firmę A & W Tax Svc. Assoc. LTD, z siedzibą na Nassau Avenue, na Greenpoincie.

– Ile zatrudniacie osób?
– Pięć pań i nas dwóch, czyli razem siedem osób.

– Te panie to wszystko Polki?
– Tak, z wyjątkiem mojej żony, która jest Rosjanką.

– Kto korzysta z waszych usług? Czy to są głównie polscy klienci?
– Kiedyś byli przede wszystkim Polacy, ale teraz jest różna klientela. Są Polacy są Słowacy, są Latynosi, Amerykanie itd. Sporą część klientów stanowią firmy. Prowadzimy sprawy podatkowe ok. 250 firm, przeważnie branży budowlanej. Indywidualnych rozliczeń też mamy dużo, mniej więcej 1,5 tysiąca. Firma jest otwarta cały rok. Nie zamykamy się po sezonie podatkowym.

– Czy Polacy mają problemy z podatkami?
– Tak, bo nie bardzo rozumieją obowiązujące zasady i nie za bardzo chcą płacić podatki (śmiech).

– A kto chce płacić podatki?
– Amerykanie, osoby urodzone w USA, tak jak ja wiedzą, że muszą w życiu zrobić dwie rzeczy: zapłacić podatki i umrzeć (śmiech). To jest już jakoś tak poukładane w naszych głowach. Ludzie, którzy przyjechali do Stanów, nie tylko Polacy, ale imigranci w ogóle, myślą trochę inaczej. Często próbują jakoś kombinować, żeby nie płacić.

– Ale, jak rozumiem, pan pomaga tak się rozliczać, żeby płacić jak najmniej?
– Oczywiście. Wszystko to, co zgodnie z prawem można zrobić, to robimy i pomagamy, żeby to obciążenie podatkowe było jak najmniejsze.

– Jest pan związany z Greenpointem od lat 60-tych. Jak się w tym czasie zmieniła ta dzielnica?
– Dzielnica przeżywa różne okresy. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Jak się tu sprowadziłem mieszkało na Greenpoincie dużo Irlandczyków, sporo było też Niemców i Latynosów. Potem w latach 70-tych zaczęło się wprowadzać dużo Polaków. Powstawały sklepy, Polacy kupowali domy. Dzielnica żyła polskim rytmem. Jak się tu przyjeżdżało czuło się, że to jest taka mała Polska. Były pełne kościoły, w szkołach katolickich było bardzo dużo uczniów. Teraz dzielnica znowu zaczyna wyglądać inaczej. Wprowadza się dużo młodych Amerykanów. Zamknęło się sporo szkół i wielu Polaków się wyprowadziło. Ludzie sprzedają domy, bo mogą na tym sporo zarobić. Ktoś kto się wprowadził na Greenpoint dawno temu, mógł kupić dom za kilkanaście, czy kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Teraz ten sam dom sprzedaje się za 1,5 mln dolarów. To nie jest tak, że Polacy wracają do Polski, raczej przenoszą się gdzie indziej, na Ridgewood, Maspeth, czy Glendale.

– Dla waszego biznesu to gorzej czy lepiej?
– Dla nas nie ma wielkiej różnicy. Czy Polacy, czy Amerykanie, wszyscy muszą się rozliczyć z podatków. Dla nas jest dobrze, że jest dużo młodych ludzi, bo to są perspektywiczni klienci.

– A nie jest panu trochę szkoda, że Greenpoint robi się mniej polski?
– Jest mi szkoda, to prawda, ale z drugiej strony widzę jak Nowy Jork cały czas się zmienia. Greenpoint nie jest jakimś szczególnym wyjątkiem. Na przykład tutaj, niedaleko nas, zaraz za Brooklyn Queens Expy., mieszkało kiedyś bardzo dużo Włochów, teraz już ich nie ma. Dzieci starszych imigrantów wyprowadziły się gdzie indziej, dużo się przeniosło na Long Island. Na Manhattanie było kiedyś duże German Town, nie ma po nim śladu. Zostały jedne delikatesy, na 86 Ulicy. Wszystko się zmienia.

– Urodził się pan w Ameryce, ale jest pan cały czas związany z polską społecznością. Dlaczego?
– To jest wina mojej mamy i taty (śmiech). Tak mnie wychowali. Jestem Amerykaninem, tutaj się urodziłem i mam szacunek do tego kraju, bo dzięki niemu mam to co mam, ale w sercu jestem Polakiem i zawsze będę Polakiem. Poza tym zawsze chciałem pomagać ludziom tutaj na Greenpoincie. Widziałem, że w sprawach podatkowych nie zawsze te porady były profesjonalne. Trochę też angażowałem się politycznie. Na przykład jak byłem młodszy pracowałem przy kampanii Josepha Lentola.

– Czyli tutaj lokalnie w dzielnicy…
– …tak. Całemu światu nie można pomóc, ale lokalnie, w dzielnicy, jeśli mogę coś poprawić to dlaczego nie.

– Jak pan ocenia, Polacy są silną grupą etniczną? Mają znacznie w Nowym Jorku?
Szczerze powiem, że to czego brakuje naszej społeczności, to jest solidarność. Mamy 50. różnych organizacji, Pulaski Association, Unia Kredytowa, Centrum Polsko-Słowiańskie itd., i 50 różnych głosów. Gdyby było tak, że jest 50 organizacji, ale jest jeden głos w sprawach polskich, Polacy znaczyliby dużo więcej. Tutaj na Greenpoincie, czy w ogóle w Nowy Jorku. To co mi przeszkadza to jest często takie samolubne podejście, żeby tylko pomóc samemu sobie.

– Polacy też nie głosują…
…to prawda. Sam się często zastanawiałem, dlaczego tak jest. Może to wynik przyzwyczajenia z komunistycznej Polski, gdzie głos nie miał żadnego znaczenia. Wielu mieszkających tutaj Polaków wciąż tak myśli, że i tak się nic nie zmieni, więc po co głosować. To dotyczy nie tylko wyborów ściśle politycznych. W Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej na przykład jest ponad 80 tys. członków, a ilu z nich głosuje? Parę procent. Kiedyś było z tym trochę lepiej. Było więcej ludzi działających w polskiej społeczności, więcej znanych liderów, jak np. Alfred Bartosiewicz, czy Ray Mizgalski. Teraz nikogo właściwie nie mamy. Jest Frank Milewski, bardzo zacny człowiek, ale ma już swoje lata. Każda z większych społeczności w Nowym Jorku ma kogoś, kto ją reprezentuje, do kogo można pójść z problemami. My nie mamy takich ludzi z pasją, energią, którzy chcieliby działać wśród Polaków i potrafili budować jedność w naszym środowisku. Szkoda, że tak jest, bo mamy bardzo duże możliwości. Wielu Polaków ma sukces w Ameryce, są bogaci, gdyby potrafili się zjednoczyć stanowiliby dużą siłę.

– Jeździ pan do Polski?
– Nie za bardzo. Jak moi rodzice przyjechali do Stanów, to ciężko było jeździć do Polski, bilety były drogie, rodzice też dużo nie zarabiali i kontakty rodzinne się pourywały. Byłem raz jak miałem dziesięć lat i byłem dwa lata temu, bo mieliśmy klienta w Polsce. Przejechaliśmy z Warszawy do Przemyśla i bardzo mi się Polska podobała. Piękny kraj. Chciałbym częściej jeździć do Polski, ale jakoś nie ma czasu, żeby wyjechać na dłużej, przypomnieć się rodzinie i więcej zobaczyć.

– Dziękuję za rozmowę.