Poranny tłok w berlińskim metrze jest taki sam jak w Paryżu i Nowym Jorku. Na wezwanie konduktora pasażerowie stojący przy drzwiach wychodzą na perony kolejnych stacji, by umożliwić wyjście tym, co na nich wysiadają. Później, także na wezwanie konduktora, wracają do wagonów i dopiero za nimi wchodzą nowi pasażerowie. Wszyscy karnie przesuwają się w głąb wagonu. Nikt nie przepycha się ku wyjściu, bo każdy zdąży wysiąść. Dwie linie metra S-Bahn i U-Bahn obejmują całe miasto i krzyżują się w wielu punktach. Przy wejściu i wyjściu nie ma żadnych bramek. Bilety kasuje się w kasownikach i ważne są później przez dwie godziny, także w autobusach. Oznacza to, że trzeba liczyć się z kontrolą. Kontrolerzy czekają na peronach na wysiadających. Tramwaje i autobusy chodzą co do minuty, zgodnie z rozkładem jazdy. Przejazd spod Dworca Głównego (Hauptbanhof) trwa około 20 minut. W toaletach na dworcach i handlowych galeriach specjalny automat sam myje deskę sedesową.

*

Na ulicach stolicy Niemiec nieczęsto widuje się osobników płci obojga, na których można by zawiesić oko. Kobiety niepodmalowane i nieseksowne, mężczyźni byle jacy, ubiory szarawe. Wśród młodzieży modna jest ostentacyjna nijakość. Twarze także są na ogół nijakie. Wady sylwetek takie same jak wśród młodzieży polskiej. Czyżby spowodowane chodzeniem na zwisie? Czyżby wady kręgosłupa? Niewielu jest grubasów, natomiast wielu palących papierosy i marychę.

*

Brzegi Szprewy nie mają wdzięku paryskich czy rzymskich bulwarów. Ot kamienne korytarze wypełnione głęboką wodą. Ktoś, kto wpadłby do niej musiałby długo szukać możliwości wyjścia na brzeg. Jeśli by przeżył. Wodne statki czekają na turystów, ale jest ich niewielu. Sezon wycieczkowy jeszcze się nie zaczął. Nie widać zakochanych par, trafiają się natomiast grupki narkomanów, cyganów i dziwnych typów. Kanały ściekowe śmierdzą tak samo jak w Warszawie. Półkolista zabudowa prawego brzegu, rozciągająca się od Bundestagu aż do Dworca Głównego jest właściwie szklaną ścianą odbijającą się w rzece. W niej z kolei odbijają się wszystkie kolory nieba. Nie powiem, robi to wrażenie, wpisując się dobrze w nową, acz chłodną zabudowę centrum. W tymże centrum cieplejszymi elementami są zabytkowe budynki zaprojektowane przez Karla Friedricha Schinkla, zwłaszcza Neue Wache, Schauspielhaus i Opernpalais. Lubię tego architekta, bo klasycystyczno-monumentalnemu charakterowi państwowych i królewskich budowli przydał trochę lekkości i kruchości. Ich proporcje były idealne.

*

Betonowa zabudowa dawnego Berlina Wschodniego zdała mi się tym razem wręcz odstraszająca. Gdzie nie spojrzeć, tam socrealistyczny odpowiednik warszawskiego MDM-u, choć nie aż taki ciężki, żeby nie powiedzieć – brzydki. Nieprzytulna jest także zabudowa wokół kościoła świętego Mikołaja (Nicolaikirche) wystylizowana nieco na dawną starówkę. Piszę „wystylizowana”, albowiem władze komunistycznych Niemiec świadomie nie odbudowywały wielu dawnych zabytków, chcąc zerwać z przeszłością Niemiec. Wschodni Berlin, miał być generalnie nowym miastem. Dobrze to widać, kiedy się patrzy z wieży telewizyjnej na Alexanderplatz. Beton, beton i jeszcze raz beton oraz geometryczne układy dzielnic. Najnowsze budownictwo też do nich nawiązuje. Wszędzie prostokąty, czworokąty, czasem koła lub półkola. Pociechą dla oka jest zieleń, której jest sporo, zwłaszcza na obrzeżach. Sporo jest także podmiejskich jezior, zwłaszcza na północnym zachodzie. Kiedy słońce pada na kopułę tejże wieży telewizyjnej, odbijający się na mieście cień ma kształt krzyża. Ponoć strasznie denerwowało to komuchów z Ulbrichtem i Honeckerem na czele, nie mówiąc już o ich sowieckich nadzorcach. W pobliskich galeriach sztuki niewiele widziałem dzieł, które chciałbym posiąść. Podobnie było na Auguststrasse.

*

Posiadłbym natomiast, gdybym mógł, większość obrazów z nowej Gemaldegalerie, począwszy od „Portretu młodej wenecjanki” Albrechta Durera a skończywszy na „Zwycięskim erosie” Caravaggia. Po drodze zabrałbym „Dziewicę z Dzieciątkiem, św. Barbarą i mnichem kartuzem” Petrusa Christusa. Ten obraz włada mną od lat; nie tylko plan pierwszy, ale także i tło z flamandzkimi domkami i scenami ulicznymi w Brugii. Christus przejmuje mnie w równym stopniu jak van Eyck i Rogier van der Weyden. O podziwie dla Breugla Starszego już nie piszę, żeby nie wpaść w banał. Jednakże i tym razem nie dało mi się rozszyfrować jego „Niderlandzkich przysłów”. Jak zawsze zachwycają mnie w tymże muzeum dwa dzieła Vermera „Kobieta z naszyjnikiem” i „Para pijąca wino”. Gemaldgalerie to miejsce, do którego wracam z najwyższą przyjemnością. Kiedy je opuszczam jeszcze bardziej chce mi się żyć.

*

Niewielkie resztki Muru Berlińskiego na niektórych robią tak silne wrażenie, że kupują na pamiątkę jego podróbki. Wszyscy cykają na ich tle pamiątkowe zdjęcia. Aż trudno uwierzyć, że mur dzielił miasto jeszcze tak niedawno. Mało kto wie, że przy próbach jego przekroczenia śmierć poniosło ponad 80 osób. Mur ten, zasieki i różne żelazne zapory widziałem w 1967 i 1969 roku i robiły one na mnie niebywale przygnębiające wrażenie, kojarząc się z murem warszawskiego getta. Pamiętam ulice nim przepołowione, nie tylko wszerz, ale i wzdłuż. Bardzo chciałem zobaczyć, co jest po zachodniej stronie, ale nie było to możliwe. Dopiero z owej Wieży Telewizyjnej było widać oddalone wieżowce Berlina Zachodniego z nęcącymi reklamami na dachach. Naiwnie cieszyłem się wówczas, że najcenniejsze przybytki sztuki z Wyspą Muzeów na czele, są po wschodniej stronie i mogę do nich chodzić. Po zachodniej stronie pociągała mnie przede wszystkim orkiestra Filharmoników Berlińskich pod dyrekcją Herberta von Karajana, którego uważałem i wciąż uważam za najwybitniejszego Beethovenistę.

*

Ludwig van Beethoven – „Jeśli chodzi o mnie, królestwo moje jest w powietrzu. Jak to wiatr często czyni, tak harmonie wirują dookoła mnie i tak też wszystko wiruje w mojej duszy”.

*

W stosunkowo niedrogiej stołówce Uniwersytetu Humboldta przekonuję się, że kotlet schabowy wcale nie jest nasz narodowy, ino niemiecki. Nawet nazwa na to wskazuje.

*

Mam sentyment do trzech pomników Fryderyka Schillera. Onegdaj urzekł mnie jego pomnik w Lipsku, potem jego postać stojąca wraz Goethem w Weimerze, dziś pomnik w Berlinie. Jest przepiękny jako rzeźba sama w sobie i jako podobizna. Emanuje zeń romantyczny duch tego zapomnianego już nieco twórcy. „Odę do młodości” kojarzymy, nie z nim a z Beethovenem. A przecież ostatnia część IX Symfonii skomponowana została do jego poematu. Tak to już bywa z naszą pamięcią…