Wąż morski Hydrargos według Alberta Kocha.

Wąż morski Hydrargos według Alberta Kocha.

Kuglarze, sztukmistrze, wydrwigrosze czy też oszuści różnej maści bez trudu zarabiają na życie i to pod każdą szerokością geograficzną. Działają oni z powodzeniem w mniej lub bardziej oświeconej epoce, dostosowując się bez trudu do wymogów swoich czasów.

W XIX wieku ogromnym powodzeniem cieszyli się samozwańcy z naukowym stopniem doktora, nadawanym im rzekomo przez jakiś europejski uniwersytet. Największym zaufaniem darzono w Ameryce tych wszystkich, którzy przybyli tutaj z Niemiec, podzielonych wówczas na księstwa. Krążyła bowiem o nich opinia ludzi sumiennych i solidnych, wyrobiona sobie przez wczesnych imigrantów. Należał do nich m.in. dr Albert Koch, skądinąd bardzo interesująca i dość enigmatyczna postać. Choć ani data, ani miejsce jego urodzenia nie zapisało się w naszych kronikach, to wiadomo, iż znalazł się w Nowym Świecie około 1835 r. Wszystko na to wskazuje, że Koch był samoukiem, zajmującym się z zapałem palentologią. Moda na skamieliny zrodziła się w Europie po opublikowaniu w 1812 r. teorii katastrof, której twórcą był George Couvier.

Sławny poprzednik Darwina uważał rewolucję, rozumianą jako nagłą przemianę nie tylko w dziejach ludzkości, ale także ziemskiej planety i jej przyrody jako najważniejszy czynnik sprawczy. Twierdził z całym przekonaniem, iż zarówno flora, jak i fauna powstawały skokowo, odradzając się po ponownie po każdym katakliźmie. Pozwalało jej to na osiągnięcie wyższego poziomu rozwoju. Do katastrof należały m.in. wypiętrzenia się łańcuchów górskich, powstawanie mórz i oceanów, zlodowacenia, trzęsienia ziemi, działalność wulkanów czy też gwałtowne zmiany klimatyczne. Świadkami mijających epok były właśnie skamieliny.

Katostrofizm trafiał wszystkim do przekonania, wydając się zdroworozsądkowym podejściem do reczywistości. A poza tym teoria Couviera miała inną i niezwykle ważną zaletę. Dawała ona pole do popisu nie tylko pasjonatom, ale i ludziom interesującym się wiedzą. Wystarczyło zaopatrzyć się w łopatę i kopać aż do skutku. Ów błąd w nauce przyczynił się niewątpliwie do skokowego rozwoju palentologii. Okazał się też niezwykle użyteczny dla powstania i rozwoju teorii ewolucji.

Osiedlając się początkowo w St. Louis, Albert Koch zabrał się z zapałem do wykopalisk, wchodząc w drogę palentologom z autentycznym doktoratem. Uważano wtedy, iż prawdziwa nauka nie powinna mieć na oku korzyści materialnych. Co gorsza, ten handlarz kości – jak go pogardliwie przezywano w uniwersyteckich kołach – miał wielkie sukcesy. Zdawał się posiadać niewytłumaczalny wprost instynkt, który wiódł go do spektakularnych znalezisk. W 1841 r. wykopał on w pobliżu kompletny szkielet mastodonta.

Składając w całość gigantyczny okaz, zapewne celowo umieścił imponujące kły na czubku głowy przedpotopowego zwierzaka. Osiągnął w ten sposób nader dramatyczny efekt. „Rogaty” mastodont niewątpliwie zasługiwał na znalezienie się w odrębnej kategorii. Nadając mu nazwę Misssourum na cześć stanu, Koch ogłosił wtedy wszem i wobec, iż odkryty przezeń szkielet należy do zupełnie odrębnej katagorii. Zaczynając od okolicznych miast, wybrał się z nim w tournee po całej Ameryce, pobierając dość przystępne opłaty. Podziw dla sensacyjnego znaleziska zamieniał bez trudu na brzęczące monety.

Pierwsza wystawa na Wschodnim Wybrzeżu odbyła się w Foladelfii, trafiając po kilku miesiącach do Nowego Jorku. Miejscowy oddział Towarzystwa Filozoficznego wysłał do Kocha list z gratulacjami. Do pochwał przyłączył się znany paleontolog Richard Harlan, wytykając mu łagodnie na stronie pomyłkę z kłami. Po kilku miesiącach pobytu zmalała liczba zwiedzających, toteż Koch postanowił udać się na podbój Europy. Zaczął od Londynu, pokazując Misssourum w Egyptian Hall. Odwiedził Dublin, Paryż i Amsterdam, kończąc długi wojaż w Berlinie.

W drodze powrotnej do swojej przybranej ojczyzny zatrzymał się ponownie w Anglii, gdzie zawarł niesłychanie korzystną transakcję, sprzedając szkielet British Museum. Sama zaliczka wynosiła w przeliczeniu cztery tysiące dolarów. Ponadto, dyrekcja muzeum zobowiązała się do wypłacania mu dożywocia w wysokości tysiąca dolarów rocznie. Niebagatelna kwota pozwoliła mu na utrzymanie na wysokiej stopie. Mastodon Americanus stoi do tej pory w prestiżowym muzeum, mając już kły na właściwym miejscu.

Wróciwszy z powrotem jako człowiek zamożny, Albert Koch osiadł w Nowym Jorku, kupując tu dom. Energiczny z natury ani myślał o zaprzestaniu pracy. Jego największym marzeniem stało się znalezieni morskiego węża, o którym krążyły legendy. Pisał o nim m.in. rzymski naturalista Pliniusz Młodszy. Wymieniał liczne świadectwa, nadając morskiemu potworowi długość około 30 stóp. Dodajmy, iż do dziś Nessie, czyli wężem z Loch Ness w Szkocji, zajmują się – acz bez rezultatu – nie tylko łowcy sensacji, ale i ekspedycje naukowe. W XIX w. nie kwestionowano istnienia niezwykłych stworów, tym bardziej, iż niezbadane głębie oceanów mogły ukrywać niejedną tajemnicę.

W zbiorowej pamięci naszego gatunku zachowały się opowieści o groźnych potworach, zatapiających statki. Były one szerzone nie tylko przez przesądnych marynarzy. Nie ma się więc co dziwić, iż miłośnik osobliwości, jakim był Albert Koch marzył o odkryciu morskiego potwora.

W marcu 1845 r. wyruszył on do Alabamy, znajdując tu po kilku miesiącach szkielet ogromnego gada. Nadał mu nazwę Hydrargos, kwalifikując niezwłocznie do gatunku węży morskich. Tym razem poprzedził on pokaz napisanym przez siebie panfletem. Porównywał w nim swoje znalezisko do biblijnego Lewiatana. Kuł żelazo póki gorące, toteż nowojorska wystawa miała miejsce jesienią tego samego roku. Odbyła się ona w przestronnych Apollo Rooms na Broadwayu.

Wstęp kosztował 25 centów, co stanowiło równowartość dniówki, osiąganej przez wykwalifikowanego robotnika. Nikt zapewne nie pożałował tego wydatku, gdyż tłumy waliły tu drzwiami i oknami. Na wystawę przyjeżdżano nie tylko z Connecticut i New Jersey, ale także z bardziej odległych stanów. Majestatyczny potwór liczył sobie bowiem 114 stóp od głowy do ogona. Budząca grozę paszcza została osadzona na potężnym tułowiu, wyposażonym w dwa odnóża. Zwężał się on stopniowo, przechodząc w niekończący się ogon.

Zachwyceni widzowie wierzyli Kochowi bez zastrzeżen, podczas gdy uczeni mężowie patrzyli na znalezisko z powątpiewaniem. Jedni zaliczyli Hydrargosa do nieznanych nauce gadów morskich, dziwiąc się tylko jego długości. Z kolei drudzy poczytywali go za ssaka, żyjącego w prehistorycznych głębinach. Po dłuższym namyśle i gorących dysputach postanowiono wezwać na pomoc specjalistę.

Prawda wyszła na jaw po kilku miesiącach. Wybitny brytyjski paleontolog Charles Lyell, który wykładał gościnnie w Bostonie, przybył wówczas na oględziny do Nowego Jorku. Po dokładnym obejrzeniu znaleziska stwierdził on, iż Albert Koch przedłużył wystawiony szkielet o przeszło trzy długości. Dodał on zresztą z niekłamanym podziwem i niejakim szacunkiem, iż żaden ze znanych mu specjalistów nie potrafiłby dokonać tak mistrzowskiej rekonstrukcji. Miał tu również na myśli samego siebie.

Denuncjacje naukowców trafiały jak groch o ścianę. Mając do czynienia z tak fascynującym znaleziskiem, opinia publiczna nie dawała się przekonać naukowcom, posądzając ich o zawodową zawiść. Albert Koch wcale się nie przejął się tymi oskarżeniami. Zabrawszy Hydrargosa do Europy, znowu powiększył tutaj swoją fortunę. Po dokonaniu blisko rocznego objazdu odsprzedał szkielet za ciężkie pieniądze Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie. Pomniejszony o dodatkowe kości szkielet reprezentuje obecnie zeuglodona, kopalnego ssaka morskiego.

Po powrocie do Nowego Jorku, syty chwały Albert zapragnął się wreszcie ustatkować. Ożenił się z uroczą panną bez posagu, zakładając wreszcie rodzinę. Powszechnie szanowany stał się tutaj członkiem Academy of Science. Wybaczywszy mu oszustwa, uznano go wreszcie za pierwszorzędnego paleontologa. Zmarł w 1866 roku.

Tragedia Kocha, z której opinia publiczna nie zdawała sobie wcale sprawy, polegała na tym, iż zamiast w amerykańskim folklorze, jego nazwisko powinno się zapisać złotymi literami w nauce z dużej litery. Nie ustając w wykopaliskach, dokonał on epokowego odkrycia w 1848 r. Obok kolejnego szkieletu mastodonta natrafił on na nadpalone kości i oblupane narzędzia kamienne, leżące obok. Świadczyło to niezbycie, iż tubylcy żyli na tym kontynencie w prehistorycznych czasach.

Hipoteza Kocha została gromko wyszydzona przez uczonych z prawdziwymi doktoratami. Oficjalna i zgoła nieprawdziwa teoria głosiła wtedy, iż Indianie osiedlili się tutaj nie wcześniej jak w pierwszym stuleciu naszej ery. Laury za podobne odkrycie, które miało miejsce dopiero w 1928 roku czyli po osiemdziesięciu latach, uzyskał niejaki dr. J. D. Figgins. Jak się dzisiaj uważa, ludzie przybyli tutaj około 10 wieku p.n.e.