z04 Nicodemus_Jesus

Bóg będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni. Razem też wskrzesił nas i razem posadził na wyżynach niebieskich, w Chrystusie Jezusie, aby w nadchodzących wiekach przemożne bogactwa Jego łaski wykazać na przykładzie dobroci względem nas, w Chrystusie Jezusie.

Ef 2,4-6

Dwa lata temu, wraz ze zmianą miejsca pracy duszpasterskiej zmieniłem także jedno z narzędzi mojej pracy. A mianowicie z systemu komputerowego Microsoft Windows przeszedłem na Appla. Rozkoszując się pracą w tym systemie chcę wspomnieć jego genialnego twórcę, Stevena Jobsa, a właściwie współtwórcę, ponieważ jego partnerem w tym przedsięwzięciu był Steven Wozniak. Jobs zmarł na raka w 2011 r., w wieku 56 lat. Będąc świadom zbliżającej się śmierci napisał: „Świadomość tego, że pewnego dnia będę martwy jest jednym z najważniejszych narzędzi, jakie pomogły mi w podjęciu największych decyzji mojego życia. Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec siebie, duma, strach przed wstydem lub porażką – wszystkie te rzeczy są niczym wobec śmierci. Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz jest najlepszym sposobem jaki znam na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Już teraz jesteś nagi. Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje ci serce.” Kierując się nakazem mojego serca, doceniam mądrość powyższych stwierdzeń, ale także czuję pewien niedosyt. Według miary mojego serca, widzę w tym stwierdzeniu tragiczny brak: brak wyraźnego wychylenia ku wieczności, wychylenia ku niebu.

Australijska pielęgniarka Bronnie Ware przez pięć lat rozmawiała z ludźmi, którym zostało kilka miesięcy życia. Na podstawie tych rozmów napisała książkę pt. „The Top Five Regrets of The Dying”, w której zamieszcza wypowiedzi ludzi, czego najbardziej żałują, stając w obliczu śmierci. Najczęściej powtarzającym się motywem żalu w tych wypowiedziach było to, że nie mieli odwagi żyć prawdziwym życiem, ale kierowali się opinią innych, że za ciężko pracowali, aby zdobyć pieniądze, że nie mieli odwagi ukazania swoich uczuć, że zaniedbali przyjaźnie, że nie pozwolili sobie na bycie szczęśliwym przez zbyt wygórowane ambicje, że poświęcili zbyt mało czasu sprawom duchowym. Nikt zaś nie żałował, że nie miał więcej pieniędzy, że nie był bardziej sławny, że nie prowadził bardziej bogatego życia erotycznego, że nie zrobił większej kariery w życiu. Ciekawe są te ostatnie stwierdzenia. W obliczu śmierci nie liczą się rzeczy, którym dzisiejszy człowiek poświęca bardzo często najwięcej troski. W tych wypowiedziach możemy odnaleźć wiele mądrych życiowych wskazówek, ale brakuje w nich pozytywnego wskazania, gdzie nasze życie znajduje spełnienie i ma sens mimo życiowych przeciwności, łącznie ze śmiercią.

Takie pozytywne wskazanie możemy odnaleźć w historii 25-letniego kapłana, ks. Piotra Błońskiego, który stając w obliczu śmierci powiedział: „Pragnę śmierci. Nie boję się, bo niebo istnieje… naprawdę”. A w swoim testamencie napisał: „Pierwszą moją prośbą jest, aby dzień mojej śmierci nie był w żaden sposób dniem rozpaczy i bólu. Bardzo pragnąłem tego dnia i jest on momentem, od którego rozpocznę swoje prawdziwe życie u boku naszego Ojca. Wszystkich serdecznie żegnam i mówię do zobaczenia w Domu Ojca. Za wszystko wszystkim dziękuję i obiecuję swoje orędownictwo w niebie u Największego Pośrednika Jezusa Chrystusa”. Ksiądz Piotr w roku 2008 wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku. Na ostatnim roku studiów zdiagnozowano u niego raka żołądka. Operacje, chemie i ostateczna diagnoza, że już więcej nic nie da się zrobić. Aby zdążyć przed śmiercią, kleryk Piotr poprosił o przyśpieszenie daty święceń. Otrzymał je w dzień Bożego Narodzenia i został mianowany wikariuszem w parafii katedralnej. Zaledwie pół roku pełnił posługę kapłańską.

Ks. Stefan Cegłowski, proboszcz ks. Piotra tak opisuje ostatnie chwile życia swego wikariusza: „Ks. Piotr słabym, ale zdecydowanym głosem mówi, że chce odprawić Mszę św. tu, na stole, w rodzinnym domu. Dla nas, księży, i dla rodziny, była to wyjątkowa chwila. Po Mszy św. proponuję odpoczynek lub koronkę. Ks. Piotr nie ma wątpliwości. Modlitwę kończymy aktem: “Jezu, ufam Tobie!”. Spoglądam na zegarek, jest jeszcze ok. 40 min. do 15.00 i nagle Piotr się poruszył, szybko zebraliśmy się wokół niego i z jego brewiarza rozpoczęliśmy modlitwę. Wezwania z kolejnych litanii powtarzane były w rytm jego oddechu. Gdy przed trzecią rozpoczęliśmy koronkę, oddech się uspokoił, gdy ją kończyliśmy, nieco podniósł prawą rękę, przestał oddychać, a po chwili westchnął. “Koronka się skończyła”. Spełniło się pragnienie, o którym mówił ks. Piotr na nocnym czuwaniu przed kanonizacją św. Jana Pawła II: „Wspomnę tu jeszcze o jednym wydarzeniu z mojego dzieciństwa. Kiedy poznałem historię dzieci z Fatimy, były tam dwie dziewczynki i jeden chłopiec, wtedy gdy objawiała im się Matka Boża, ten chłopczyk – Franciszek, poprosił Matkę Bożą, aby zabrała go do siebie. Wtedy we mnie zapałało również takie samo pragnienie, odezwało się w sercu, że ja też już chciałbym iść do nieba, iść z Matką Bożą. Choć zapomniałem na wiele lat o tym, to jednak teraz właśnie, gdy przyszła choroba, gdy w pełni zacząłem ufać Panu Bogu, w pełni Mu się powierzając, dostrzegłem, że Pan Bóg wysłuchał mojego pragnienia z dzieciństwa, że prowadzi mnie swoimi drogami i być może wypełni teraz również i to pragnienie. Pragnienie bycia z Nim w niebie i to w już niedługim czasie. Jeśli w człowieku jest wiara, że czeka tam na niego Bóg, to odbiera śmierć jako przejście do wiecznej radości, gdzie z nadzieją będzie czekał na najbliższych”.

W życiu tego kapłana spełniły się słowa z Listu św. Pawła do Efezjan na czwartą niedzielę Wielkiego Postu: „Bóg będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia”. Wydarzenia z Drugiej Księgi Kronik także są wyrazem Bożego miłosierdzia. „Wszyscy naczelnicy Judy, kapłani i lud mnożyli nieprawości, naśladując wszelkie obrzydliwości narodów pogańskich i bezczeszcząc świątynię, którą Pan poświęcił w Jerozolimie”. Bóg ich upominał przez proroków a „Oni jednak szydzili z Bożych wysłanników, lekceważyli ich słowa i wyśmiewali się z Jego proroków, aż wzmógł się gniew Pana na Jego naród do tego stopnia, iż nie było ocalenia”. Przebrała się miara ludzkich nieprawości, wojska babilońskie najechały Palestynę i Naród Wybrany został uprowadzony do niewoli. W niewoli, w obcej ziemi zaczęli gorzko żałować swoich nieprawości i błagali Boga o miłosierdzie. Bóg okazał im swoje miłosierdzie przez króla babilońskiego Cyrusa, który pozwolił powrócić Izraelitom do ojczystej ziemi, a nawet wspomógł odbudowę Świątyni Jerozolimskiej. W pierwszym czytaniu słyszymy słowa: „I On mi rozkazał zbudować Mu dom w Jerozolimie, w Judzie”.

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę ukazuje nam pełnię bożego miłosierdzia. W rozmowie z Nikodemem Jezus powiedział: „Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”. Naród Wybrany szemrał na pustyni przeciw Bogu i Mojżeszowi. Bóg zesłał na nich jako karę jadowite węże. I znowu ku niebu wzniosło się błagalne wołanie. I Bóg okazał swoje miłosierdzie, kazał sporządzić węża miedzianego i umieścić go na palu. Każdy ukąszony, gdy spojrzał na miedzianego węża ratował swoje życie. Każdy z nas ma czas szemrania przeciw Bogu, każdy z nas jest ugodzony przez „węża”, który niesie śmierć. Każdemu z nas Bóg ofiaruje swoje miłosierdzie: „Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.