Słowo na niedzielę

Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby nam wraz z Nim i wszystkiego nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?

Rz 8, 31b-34

W 2002 r. grupa naukowców przeprowadziła szczegółowe badania obrazu Matki Bożej z sanktuarium Coromoto w Wenezueli. Po ich zakończeniu biskupi tego kraju napisali list do wiernych, w którym czytamy: „Niewątpliwie odnowi to wiarę wszystkich Wenezuelczyków. Jest to dla nas zachętą, by zwrócić swe życie ku Bogu i przyjąć wezwanie, jakie Maryja skierowała do naszych przodków” A było to wezwanie do wiary. Ten niewielki obraz (2 x 2,5 cm) Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku stał się znakiem dzięki któremu wielu uwierzyło w Jezusa Chrystusa. Matka Boża objawiła się jednemu z plemion indiańskich, które z oporem otwierało na ewangelizację. Jak mówi tradycja, w roku 1651, wódz szczepu Koromoto, przechodząc z żoną przez rzekę ujrzał kobietę, która uśmiechając się do niego, powiedziała: „Idź tam gdzie mieszkają biali i niech ci poleją wodę na głowę abyś wszedł do nieba”. Obraz Pięknej Pani i jej słowa ciągle mu towarzyszyły i nie dawały spokoju. Aż w końcu przeprowadził się ze swoim plemieniem w pobliże osiedla Hiszpanów, gdzie rozpoczął przygotowanie do chrztu. Jednak po pewnym czasie wódz zatęsknił do życia w lesie, nieskrępowanego prawem białych ludzi. Postanowił zrezygnować z dalszego przygotowania do chrztu. Smutny i rozbity wewnętrznie wrócił do domu. I wtedy niespodziewanie na progu zjawiła się Piękna Pani, którą wcześnie spotkał nad górskim potokiem. Zgromadzeni w domu byli zauroczeni jej widokiem i blaskiem, który bił od niej. Wódz Koromoto po chwili milczenia powiedział z niezadowoleniem: „Jak długo jeszcze mnie będziesz prześladować? Możesz sobie wracać. Już nie będę więcej robił tego, co mi nakazujesz. Przez Ciebie zostawiłem moje pola i moje posiadłości i przyszedłem tutaj, aby ciężko pracować”. Po czym chwycił wiszący na ścianie łuk i strzałę i wymierzył w kierunku Matki Bożej. I doświadczył wtedy dziwnej mocy. Łuk wypadł mu z ręki, a pokój ogarnęła ciemność, zaś Piękna Pani znikła. Po pewnym czasie wódz Coromoto spostrzegł, że ma w ręku niewielki obrazek Pani, do której przed chwilą mierzył z łuku. Taki był początek wiary wodza i całego plemienia Coromoto oraz wielu innych plemion indiańskich. Nie przegapili znaku, który Bóg im zesłał.

Dzisiaj ten niewielki obraz jest także znakiem dla współczesnego człowieka, nie tylko z powodu wydarzeń, które miały miejsce kilka wieków temu, ale przede wszystkim ze względu na zaskakujące wyniki badań naukowych nad tym obrazem. Widać na nim wiele typowo indiańskich symboli. Taki charakter mają korony Jezusa i Maryi. Ponadto oczy Maryi oglądane przez mikroskop, mimo miniaturowych rozmiarów rzędu tysięcznych części milimetra, okazały się niezwykle dokładnie przedstawione. Wyraźnie widać tęczówki i gałki oczne. Co więcej, odbija się w nich maleńka postać człowieka. To jest niemożliwe, aby człowiek, szczególnie dawnych wieków mógł go namalować. Tak jak obraz z Guadalupe, tak i ten, stanowi zagadkę dla nauki. Dla ludzi wiary nie jest to zagadka, tylko znak z nieba, zesłany przez Boga, abyśmy uwierzyli i mieli życie wieczne. Figurę Matki Bożej z Coromoto ukoronował św. Jan Paweł II, który modlił się za jej wstawiennictwem tymi słowami: „Tobie, Najświętsza Matko, która byłaś obrończynią wiary ludu wenezuelskiego, zawierzam dzisiaj cały ten naród. Ochraniaj go wobec zagrożeń laicyzmu, konsumizmu i wizji jedynie życia doczesnego. W Twoje ręce, o Maryjo, Matko Chrystusa i nasza, kładę radości i smutki, nadzieję i cierpienia. Chroń życia jeszcze nienarodzonego, opiekuj się dziećmi i młodzieżą, wspomagaj chorych i starszych, umacniaj miłość małżonków, aby wszyscy podążali zawsze w świetle nauki Twojego Syna i szukali zjednoczenia z Nim w sakramentach”. Dzisiaj do tego sanktuarium przybywa tysiące pielgrzymów. Oni również nie przegapili znaku z nieba.

Ziemia Święta jest jedynym i niepowtarzalnym miejscem na świecie, pełnym znaków Bożej obecności. Jednym z nich jest Wzgórze Moria w Jerozolimie. Kiedyś stała tu Świątynia Jerozolimska, a dziś nad tym miejscem widzimy złotą kopułę Meczetu na Skale, która dominuje w pejzażu starożytnej Jerozolimy. W centralnym miejscu tej świątyni widzimy skałę, która jest znakiem wiary Abrahama, którego nazywamy Ojcem wiary. W podeszłym wieku Abraham, wbrew ludzkim nadziejom, uwierzył Bogu, że będzie ojcem licznego narodu. A gdy zgodnie z obietnicą narodził mu się syn Izaak Bóg zażądał od niego, aby złożył go w ofierze całopalnej. Możemy sobie wyobrazić dramat ojca, ale o wiele trudniej wyobrazić sobie wiarę Abrahama. Jednak posłuszny wezwaniu Bożemu bierze syna i idzie na wzgórze Moria. Tam zbudował ołtarz ofiarny i gdy podniósł rękę, aby ugodzić syna, Bóg powstrzymał go słowami: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”. Po czym dodał: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to i nie szczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił”. I rzeczywiście wiara Abrahama zaowocowała bożym błogosławieństwem. To błogosławieństwo, w Jezusie Chrystusie, który jest zapowiedzianym i oczekiwanym Mesjaszem dosięga każdego z nas. Abraham nie przegapił znaków nieba.

Scena przemienienia na Górze Tabor z dzisiejszej Ewangelii daje nam pewność tego błogosławieństwa. Słyszymy ewangeliczne słowa: „Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. Zachwyceni apostołowie chcą tam zostać: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Apostołowie nie przegapili znaku z nieba. Błogosławieństwo z Góry Tabor spływa także na każdego z nas, gdy wsłuchujemy się w słowa, które dały się słyszeć w czasie przemienienia: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. Słuchać Jezusa to znaczy uwierzyć w Niego, uwierzyć jego słowom i iść za Nim. Gdy uwierzymy wtedy retoryczne pytanie św. Pawła: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?”, nie będzie dla nas pytaniem, ale pewnością życia. Gdy usłuchamy głosu Boga na naszej Górze Tabor, wtedy otrzymamy wiarę Abrahama, która da nam moc uporania się z największymi życiowymi problemami. Doświadczyła tego znana polska aktorka, znana między innymi z roli pięknej i czystej Agnisi w serialu „Noce i dnie”. Przeszła w swoim życiu wiele, ale jak mówi, w Bogu odnajdywała moc, do powstania.
W wywiadzie dla Onetu na pytanie Anny Rosickiej: „Ludzie głębokiej wiary, gdy przydarza im się nieszczęście, mówią: ‘Wszystko jest po coś”. Pani wie, po co była choroba alkoholowa? Gdzie tkwił sens zmagania się z nią?, Celińska odpowiedziała: „Przede wszystkim wierzę w wyższość planów boskich nad naszymi. Ale i w to, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Często, gdy wydarza się jakieś nieszczęście, myślę, że ono jest ostrzeżeniem przed tym najgorszym, co mogłoby się zdarzyć. Wierzę, że jeśli dzieje się coś złego, to po to, by z czasem obróciło się w dobro. Tak miało być. Nawet jeśli tego nie rozumiemy. Jest tak powiedzenie, że: ‘Nie spadnie włos z głowy ludzkiej, bez wiedzy boskiej”. Jak człowiek nauczy się dystansu do tego, co go spotyka, widzi, że to wszystko ma sens, że układa się w harmonijną całość. Nam się wydaje, że to przypadek, że gdzieś się spóźniliśmy, coś nas ominęło, a tak właśnie miało być”.
Aktorka odczytała znak nieba, a jak jest z naszym odczytywaniem?